Malezja - Taman Negara - malezyjska dżungla - wyprawa do dżungli - kolce palmy

Borneo i Taman Negara [Malezja – wycieczka do dżungli]

Borneo

Borneo. Dżungla. Podróż łodzią w górę rzeki. Buchająca przyroda.

A poźniej noc.
Longhouse. Długa chata z drewna nad rzeką.
Ludzie z plemienia Iban.
Delikatne światło.

Jak wygląda tu życie?

Borneo żyje, niucha i sznupie…
Wszystko porusza się, a nawet śpiewa.

Malezja: Najstarsza dżungla świata

Malezyjska dżungla Taman Negara ma 130 milionów lat. Nie dosięgło jej żadne zlodowacenie, dlatego najbardziej na świecie przypomina dzicz prehistorii. Żyją tu nosorożce, tapiry, niedźwiedzie, słonie oraz tygrysy i inne duże koty. Rzeki są brązowe, a lasy parne i pełne życia.

Taman Negara

Napotkaliśmy tu jedyną okazję do samotnej pieszej wędrówki po dżungli. W Ameryce Południowej dżungla była trudno dostępna – wycieczka do dżungli wymagała wielodniowej podróży, przewodników i pieniędzy. W Taman Negara wystarczyło pokonać rzekę i zanurzyć się w pradawnym gąszczu.

Panował półmrok. Kilkudziesięciometrowe drzewa broniły lasu przed światłem słonecznym. Napotykaliśmy 4-centymetrowe mrówki, krocionogi i gąsienice najeżone trującymi kolcami. Jaszczurki przyczajone na końcach gałęzi poruszały żółtymi błonami pod gardłem.

Wycieczka do dżungli

Rzeki termitów ciągnęły się kilometrami. Ich nurt był szybki, a małe nóżki pędziły dokądś zaaferowane. Były tam miliony, może setki milionów termitów. Sunęły po ściółce, po ziemi i wśród suchych liści, wspinały się na przewalone kłody i wystające gałęzie. Nitki tych dróg łączyły się, rozwidlały, tworzyły mosty i wielopoziomowe autostrady.

Strumienie termitów wspinały się pionowo po pniach, a niektóre spływały po nich w dół – brały swe źródła nie wiadomo skąd. Kiedy znaleźliśmy się na wysokości 20 metrów nad ziemią, nadal nie było widać początku ich szlaku – tracił się gdzieś w jeszcze wyższych poziomach lasu.

Kiedy termity czuły, że zagraża im niebezpieczeństwo, z nurtu wychodzili strażnicy. Otaczali strumień termitów w newralgicznym punkcie, niczym prezydencka obstawa i narażali swoje życie dla dobra społeczności.

Dżungla wokół czatowni

Po całym dniu marszu przez dżunglę dotarliśmy w końcu do czatowni, niewielkiego domku na palach wśród gęstwiny lasu. Mieliśmy spędzić tam noc na nasłuchiwaniu odgłosów zwierząt.

Pod schronem latały piękne żółte motyle, ale w środku czekało coś dużo gorszego – groźne, natarczywe, dzikie pszczoły. Zapadał zmrok, w promieniu kilkunastu kilometrów nie było innego schronienia – tylko niebezpieczna dzika dżungla. Musieliśmy zostać.

Moskitiery na twarzach pomagały niewiele, a palące się chemiczne spirale na komary nie pomagały nic. Trzeba było przyzwyczaić się do nieustannego brzęczenia groźnych nieznajomych tuż przy naszej skórze i nauczyć się żyć z nimi w harmonii.

Zwierz sznupiący

Po kilku godzinach pszczoły poszły spać, a my zastygliśmy przy oknie czatowni w oczekiwaniu na dzikiego zwierza. W końcu nadszedł, gdzieś z głębi lasu. Zaszeleściło, trzasnęło, otarło się, a potem usłyszeliśmy odgłosy konsumpcji. W czerni malezyjskiej nocy nie było widać nic, ale to nic było duże i węszyło tuż pod oknem schronu.

Tropikalna ulewa w Taman Negara

W nocy była wielka burza, co chwilę niebo rozświetlały błyskawice, a odgłosy ulewy ucichły dopiero tuż przed świtem. Dżungla budziła się do życia, a my, na wpół śpiący przy oknie czatowni, słuchaliśmy tajemniczych odgłosów, śpiewu ptaków i stukań dzięciołów. Kiedy obudziły się pszczoły, udaliśmy się w drogę powrotną.

Malezja, dżungla i pora deszczowa

Dżungla tego dnia była jednak zupełnie inna. Tam, gdzie wczoraj były ścieżki, dziś płynęły wartkie potoki. Strumienie przybrały, pojawiło się błoto, a trasa obliczona na jeden dzień okazała się nie do przejścia.

Ruszyliśmy inną drogą, ale nagle przed naszymi oczami pojawiła się rzeka. Dwa dni wcześniej zapewniano nas, że jest łatwa do przekroczenia, ale po ulewie przy brzegu miała ponad metr głębokości, a dalej koryto pogłębiało się. Rwący nurt nie dawał żadnych złudzeń, a przejście kilkudziesięciu metrów z plecakiem po pojedynczej linie rozpiętej nisko nad szalejącą rzeką było niemożliwe.

Do przystani

Nasza wycieczka do dżungli zaczęła się robić niebezpieczna. Ostatnią drogą ratunku był marsz do opuszczonej przystani nad inną, większą rzeką. Na ziemi wiły się ruchliwe pijawki, cieszące się z wszechobecnej wilgoci oraz krocionogi grubości palca, dłuższe niż dłoń.

W końcu dotarliśmy nad rzekę – i zastaliśmy… ruiny. Drewno starego pomostu do połowy zanurzało się w brązowej wodzie. Od bardzo dawna nie było tu nikogo.

Na domiar złego w ciało Asi wpiły się krwawo dwie pijawki, a kolejne dwie siedziały na ubraniu. Po chwili i ja strzepnąłem pijawkę z pleców.

Tubylcy w dżungli

Dwie drogi powrotu były odcięte, a trasa którą przyszliśmy poprzedniego dnia była długa, ciężka, pełna zagłębień i strumieni, czyli także nie do przejścia – na pewno nie w 1 dzień, bez hamaków i namiotu.

Patrzyliśmy na rzekę, pełną wirów i uskoków i zastanawialiśmy się nad swoją sytuacją. Nagle w oddali pojawiła się ciemna plamka. Nurt rzeki pchał ją z wielką szybkością. Zza zakrętu wyłoniała się niewielka łódź.

Zbiegliśmy co sił na dziurawy pomost i zaczęliśmy wymachiwać w jej stronę. W długiej, płytkiej łódce płynęli czarnoskórzy tubylcy – mieszkańcy dżungli. Chociaż to Malezja, to pierwotni mieszkańcy lasów są czarni i określa się ich mianem… Aborygenów. Mieszkaja w chatach z liści i gałęzi, poruszają się chybotliwymi łodziami i w dużym stopniu pozostają poza życiem reszty kraju.

A jednak Malezja nas nie pogrzebała

Przypatrywali się nam z zaciekawieniem. Po chwili siedzieliśmy już wśród nich w łodzi i pędziliśmy w dół rzeki. Nigdy wcześniej nawet nie wyobrażaliśmy sobie czegoś takiego. Rzeka była dzika, szybka i nieujarzmiona. Wielkie fale przybijały do burt, ochlapując wszystko, a krucha łódka podskakiwała na nich jak na wybojach.

Pojawiły się wiry i pływające kłody. Jeden z mężczyzn przesunął się na dziób i ręką wskazywał człowiekowi przy sterze, z której strony ma omijać przeszkody. Pokonywaliśmy nizliczone zakręty i potężne stopnie wodne. Nie pozostało nam nic, jak tylko zaufać rutynie naszego czarnoskórego sternika i po prostu się cieszyć.

Borneo – zdjęcia

Borneo żyje, niucha i sznupie…
Wszystko porusza się, a nawet śpiewa.
A czasem… pożera Twój obiad.

Nosacz, niesamowita, endemityczna małpa z Borneo:

Lotokotowate, czyli tzw. latające lemury. Mają błony między kończynami i potrafią szybować na odległość do 130m!:

Morze Południowochińskie:

Świnia brodata:

Uciekłem tam, gdzie pieprz rośnie…

Langury srebrne:

Park Narodowy Bako:


Udostępnij i Komentuj