image

Co zrobić aby być szczęśliwym? [i jak przestać się martwić?]

Co zrobić aby być szczęśliwym?

Podróże inspirują. Są próbą popatrzenia na świat z innej perspektywy i odnalezienia odpowiedzi na pytanie, co zrobić aby być szczęśliwym.

Dworzec Władymirski w Moskwie.
Pociąg leniwie rozpędza się po torach.
Stukot kół. I gwizd lokomotywy.

Rozpoczyna się wielka podróż legendarną Koleją Transsyberyjską.
Podekscytowanie ogarnia całą naszą piątkę.

Wymarzona, do niedawna tak mało realna, wyczekiwana od miesięcy.
Zaczyna się najbardziej szalona przygoda naszego życia!

– Job twaja mać!
Chłopak z przedziału rozbija szklankę wódki.
Cholerne miasto, cholerny dzień, cholerny kraj.
Bez sensu. I jeszcze 5 dni w tym zawszonym pociągu.


Maleńka stacja w środkowej Tajlandii.
Pociąg spóźnia się już 2 godziny.
Taj w niebieskim mundurze podchodzi do tablicy, ściera stare cyfry i wypisuje kredą nową godzinę odjazdu.
3 godziny.

– Noż kur*a mać. Ile można czekać. Wojtek, czemu my do cholery nie jedziemy autobusem?

Odchodzę dwa kroki. Za rogiem siedzi dziewczyna.
– Pięknie tu… Widziałeś te ptaki na drzewie? A tam bawią się dzieci. Zrobiłam super zdjęcia. Jak dobrze, że tu jesteśmy.


Kiedyś myślałem, że wszystko ma przypisaną wartość.
Przyroda jest lepsza od miasta, słoneczne lato od mroźnej zimy, Sony od Philipsa. Obiektywnie.

Jeżeli coś nas spotyka, to jest to obiektywnie dobre lub złe.
Wyrzucili Cię z pracy. Źle.
Masz nowy samochód. Dobrze.

Ale potem ruszyłem w podróż dookoła świata.
I zacząłem rozumieć.

W autobusie w Peru szajka złodziei ukradła mi laptopa.
Byłem bardzo zły.
Ale poźniej cieszyłem się jak dziecko.
Jak dobrze nie mieć laptopa!
Nie trzeba nosić, nie trzeba pilnować. Cały rok wolności.


Nowa Zelandia. Raj na ziemi. Najwspanialszy kraj świata.

– Nienawidzę Nowej Zelandii.
Ciemnoskóry pracownik z Vanuatu założył czapkę w ciepły letni dzień.
– Jest zimno. Nie ma gdzie spać. I wszystko trzeba kupować.

– Na mojej wyspie jest raj. Kiedy jestem głodny, zrywam owoc z drzewa. W oceanie pływają ryby, zupełnie za darmo. Nie trzeba nosić ubrań, jest ciepło. Mieszkam w szałasie i jestem szczęśliwy.

Przychodzi drugi pracownik.
– Nienawidzę Vanuatu. Szałasy i smażone ryby. Nowa Zelandia to raj.


Podświetlona scena.
Setka ludzi wpatruje się w moje oczy.
Opowiadam historię. O dziwnych światach i dalekich podróżach.

Owacja, gratulacje. Proszę wszystkich o opinię na karteczkach.
Co było dobrze, a co zrobić lepiej.
Czytam karteczki.
„Wspaniale! Świetnie modulowałeś głos, czułem, jakbym tam był. Tylko fabuła do poprawy.”
„Super fabuła. Ale popracuj nad głosem.”


Kambodża.
Prowadzę wycieczkę do ruin Angkoru.
Słyszę ciche rozmowy.
– Co za klimat. A my musimy się gonić, żeby zobaczyć to w jeden dzień. Mógłbym zostać tu tydzień.
Przechodzę do tyłu.
– Kamienie. Kamienie to ja se mogę w domu zobaczyć. Wojtek, po co my tu przyjechaliśmy?

Mógłbym się przejąć.
Ale po latach podróży już niewiele jest mnie w stanie ruszyć.
Strzępki zdań, nasze emocje i opinie innych.
Słyszę wtedy cudowny szept z dzieciństwa : „Wszystko przemija. Nawet najdłuższa żmija.”

Najlepsze marki, dobre maniery, partie polityczne.

Nic nie ma znaczenia. Oprócz tego znaczenia, które my sami nadajemy.

Świat jest dobry dla tych, którzy fantazjują. Miliony marzeń. 30 krajów w rok.

Mam 29 lat.
W tym roku odwiedzę 25 krajów świata.
Nie wyjeżdżając w żadną długą, heroiczną podróż dookoła planety, jak kiedyś.
Tak tylko wyskakując. Często do krajów, w których już byłem i które uwielbiam.
Licząc od listopada do listopada wychodzi 30 państw na 4 kontynentach.
A w sumie już 70.

Kocham to. Widzę w tym sens.
Mam listę wielkich podróży, które chcę jeszcze odbyć.
65 pozycji. Plan na 12 lat. A potem pewnie polecę na księżyc.

Kilka lat temu myślałem, że tak się nie da.
Bo pieniądze, bo praca, bo to nie jest świat dla mnie.

Jak dobrze, że nigdy nie oduczyłem się fantazjować!
Siadałem nad mapą i wyobrażałem sobie, że jestem w tych wszystkich miejscach.
Kiedy zasypiałem, widziałem przed sobą kontynenty i trasy, którymi pojadę.

Kiedy 4 lata temu wróciłem z rocznej podróży dookoła świata, znalazłem świetną pracę. Idealne warunki, wspaniałe perspektywy. Naturalna kontynuacja tego, co robiłem na studiach. Dynamiczna, dobrze płatna branża IT. 2000 godzin za biurkiem rocznie.

Siedziałem przed wielkim ekranem w komfortowym fotelu. Piłem kawę i pisałem kod. Pamiętam, jak testowałem mechanizm ładowania zdjęć na stronę internetową. Trzeba było wrzucić jakieś przykładowe zdjęcia. Otwierałem wtedy folder ze zdjęciami z podróży i wysyłałem.
Brazylia. Indonezja. Australia. Chiny. Pałac Dalajlamy w Lhasie.

I powoli zaczynałem rozumieć, że życie jest jedno.
Skoro już tyle rzeczy mi się udało, skoro objechałem świat dookoła i zawsze los dawał mi to, co sobie wymyśliłem – to może tak będzie zawsze.

Znajdę sposób.

Jeśli masz w głowie plan, który Cię fascynuje, który Cię pociąga i pochodzi z wnętrza prawdziwego Ciebie – to tak się po prostu stanie.

Urywki zdań, fragmenty książek, przypadkowe spotkania, które wskazują Ci drogę. Wszystko układa się w ciąg drogowskazów.

Tylko nie wierz w przeszkody. Szukaj sposobów, a przeszkody omijaj. Działaj tak, jakby życie było proste i zawsze uśmiechało się do Ciebie, nawet jeśli wydaje Ci się, że to niemożliwe.


Lecę właśnie nad Iranem.
Pode mną czerwona pustynia.
Niezbadane wąwozy i kręte, niebieskie rzeki.
Ośnieżone góry nad granicą z Irakiem.

Dokładnie tak, jak w moich fantazjach. Kiedy z mapą wyobrażałem sobie Iran przed snem.

3 miesiące podróży. Jedziesz ze mną na Sri Lankę, na Bałkany, do USA i Indonezji

Czeka nas fantastyczny maraton. Ciebie i mnie. Maraton podróży do miejsc totalnie niezwykłych.

Mam ogromną prośbę do Ciebie: kontroluj mnie i rozliczaj.
Codziennie mam napisać tekst. Codziennie mam wrzucać do Twojej głowy najciekawsze zdjęcia ze świata. Mam pokazywać rzeczy intrygujące i niezwykłe. Opowiedzieć historię.

Tym razem nie będę pisał tylko o miejscach. Będzie o facecie, który postanowił żyć w sposób niecodzienny. Twoim przewodnikiem będzie gość, który odrzucił znane mu scenariusze, dobre rady i opinie innych. I zaczął kreślić własną drogę.

Droga jest kręta.
Ale niesamowicie ciekawa. Jest fascynującą improwizacją.
Bo wiesz – tak naprawdę nie wiadomo, który kierunek jest najlepszy. Trzeba zaufać intuicji. I trzeba uwierzyć.

Wiary w to, co robię, mam mnóstwo.
Wyobraź sobie wieloryba. Wielki, pewny siebie i odporny na wszystko. Może wszędzie popłynąć i wszystko zrobić. Poznać dobro i zło. I stać się lepszym.
Właśnie tyle mam wiary.

W poniedziałek ruszam na Sri Lankę.
Po 3 tygodniach Bałkany – Bośnia, Albania, Czarnogóra, Kosowo, Serbia, Macedonia, Chorwacja, Grecja – w końcu raz się żyje.
Od razu potem USA – samochodem z Los Angeles do Nowego Jorku, przez wszystkie najlepsze parki narodowe.
Potem chwila przerwy i znowu do Azji: Hongkong, Malezja, Singapur i Indonezja. Może przeproszę się z mafią na Bali.

Jadę uzbrojony w iPada. Będę opowiadał. Rozlicz mnie.

Świat skurczył mi się do rozmiarów nocy.

Świat jest mały.
Jak ziarenko balijskiej kawy.

Skurczył się do rozmiarów nocy. Rozświetlonej pajęczynami miast.


Późne popołudnie.
Bali.

Wyglądam przez okno.
Samolot nabiera prędkości.
Domy stają się mniejsze. Widzę wulkan. I błękitną przestrzeń oceanu.

W dzieciństwie myślałem, że Bali nie ma. To wymyślona kraina. Pamiętam nawet film o balijskich tancerkach. Magia. Tropikalne drzewa i tajemnicze świątynie. Miejsca, które są tylko w bajkach.

Naprawdę zdziwiłem się widząc Bali na mapie.
Aż w końcu postanowiłem sprawdzić. Istnieje?

Istniała. 5 lat temu, na drugim końcu gigantycznego świata. Odległa o 9 miesięcy męczącej podróży dookoła świata.


Przesiadka.
Wieczór.
Widać wysmukłe drapacze Hongkongu.

Ląduję tu po raz trzeci. Rozpoznaję już drogi, budynki i place.
Wyspa Lantau, Kowloon i port.
Wiem gdzie robią najlepsze pierogi w mieście.

Wymyśliłem Hongkong na studiach.
Pojadę. Tanio. Pociągiem.
Tam i z powrotem. W 4 miesiące.
Daleko. Za daleko, by zrobić to naprawdę.


Lotnisko dziś w nocy.
Podchodzi do mnie zagubiony Chińczyk.
Tłumaczę mu, jak dojechać do miasta. I gdzie są najlepsze pierogi.


Druga w nocy.
Budzę się gdzieś nad Chinami.

Za oknem miasta, miasta i drogi.
I miasta.
Xi’an. Lecimy dłuższą trasą na północ, wielkim łukiem omijając Tybet.

Mongolia.
Czarna pustka pustyni Gobi.
Wracałem stąd kiedyś 7 dni pociągiem.


Trzecia lub czwarta.
Strefy czasowe wydłużają nam noc.
Za oknem Rosja. I tajga. I miasto.
Nowosybirsk.

O, 6 lat temu, z tej wyspy obserwowałem zaćmienie słońca.


Mijamy Ural.
Do dziś czuję zapach Uralu po deszczu. Pierwsza brama, którą wjechałem do Azji.
Zasypiam.


Budzi mnie stukot wózka z herbatą.
Jezioro Ładoga i Sankt Petersburg.
Zatoka Fińska, Estonia.

Orzeszki, dziękuję.

Szwecja. Dania.
Tak niedawno jeździłem tu autostopem.

Holandia.
Wybrzeże usiane groblami, które błyszczą w pierwszych promieniach słońca.


Szósta rano.
Niebo rozjaśnia się magicznymi odcieniami błękitu.
Pode mną światła Londynu. Nieskończone jak ocean na Bali.


Świat się skurczył.
A kurcząc się odkrywał przede mną swe piękno.

Uczył, jak ważna jest wiara.
W to że się da, że przyszłość będzie lepsza, niż kiedykolwiek mogłem sobie wyobrazić.

Przygoda, pasja, uśmiech na twarzach najbliższych Ci osób. Harmonia. Miłość.

Życie to dar.

Udostępnij i Komentuj