image

Sarajewo – Wojna i zabytki. [2015]

Sarajewo. Wojna i zabytki.

Relacja z mojej podróży do Bośni. Sarajewo – wojna i zabytki.

Rześki poranek.
Obdrapane bloki i kominy fabryk.
Szaro. Pomiędzy wzgórzami otaczającymi miasto unosi się smog.
Późne lato dwa tysiące czternastego.

Przechodzę przez most na rzece Milijacka i wchodzę na bulwar.
Patrzę na Sarajewo. Widzę beton, stare samochody i rdzę.
– Ale to miasto jest brzydkie.


Inny rześki poranek.
Wiosną dziewięćdziesiątego drugiego.

Miała 20 lat.
Przeszła przez most nad rzeką Milijacka i skręciła na bulwar.
Czekał na nią pod budką z lodami.
– Pistacjowe?
– Pistacjowe, z orzeszkami.

Uśmiechnął się do niej szeroko, a potem, trzymając się za ręce, ruszyli wolno wzdłuż rzeki.
Wzgórza były już zielone, a w całym Sarajewie kwitły cudowne, białe kwiaty.
– Boże, jak tu pięknie!

Świstnął strzał.
Zachwiała się i osunęła na ziemię. Na bulwar nad rzeką Milijacka.


Aleja snajperów.
Najszersza ulica oblężonego Sarajewa.
Wcześniej elegancki deptak podczas olimpiady.

Świetnie widoczna ze wzgórz po zachodniej stronie miasta.
To na nich stacjonowali serbscy żołnierze z długą bronią.
Strzelali do każdego, kto pojawił się na bulwarze.


Pot leje mi się po skroni.
Zapach palonego sprzęgła przeszywa cały samochód.
Cofam pod górę w uliczce tak wąskiej, że możnaby ją przeskoczyć.
Patrzę w lusterko. Ściana niemal miażdży karoserię.
Z drugiej strony porysowane boki zaparkowanych samochodów.
Koszmar walki ulicznej.

Mijam budynek przeszyty serią z karabinu 20 lat wcześniej. Są ślady na tynku.
Ale ja nic nie widzę. Milimetry dzielą mnie od straszliwego zgrzytnięcia metalu o tynk.

Wreszcie jest puste miejsce.
Wykręcam na trzy, a w sumie na trzydzieści.
Ocieram pot z twarzy i parkuję w wąskiej przerwie między dwoma samochodami. Poprawiam przez dziesięć minut. Gdybym mógł, chodziłbym dookoła z ekierką.

Pojawia się facet. Życzliwy.
– Ja Wam dobrze radzę. Wynoście się z tym samochodem. Pójdziecie i co? Przyjdą bandyci. Wybiją szybę. Przebiją opony w aucie. Albo przejadą gwoździem po karoserii…


Kilka godzin przez Słowację i Węgry.
Sprzedają arbuzy.
Zjazd z autostrady na Sarajewo.
Jest jeszcze jasno. Weseli ludzi w wesołej restauracji.
Przygotowują nam pizzę.

– A Ty skąd, bracie?
– Z Polski.
– Wiesz, że tą trasą jeździły konwoje do Sarajewa?


Dziewięćdziesiąty drugi.
Seria z karabinu odłupała tynk ze ściany budynku. Gruz trzasnął o beton.
Koszmar walki ulicznej.

Zapach palonego sprzęgła przeszył całą ulicę.
Obdrapany samochód uciekał pod górę na wstecznym.
Obrywał lusterka. Straszliwie obcierał karoserię o tynk.
– Bandyci… Zabiją!


Główny plac w Sarajewie.
Jemy lody. Pistacjowe z orzeszkami.

Słychać śpiew muezinów z meczetu.
W miejscu, gdzie kiedyś był stary turecki bazar, dziś można kupić kebaba.

Przygląda nam się stary człowiek w mundurze.
Moro, wojskowa torba. Patrzy mi prosto w oczy.

– A Ty skąd, bracie?
– Z Polski.
Uśmiecha się szeroko, a jego twarz płonie.
Znika koszmar ulicznych walk.
– Lewandowski!

Udostępnij i Komentuj