image

Sri Lanka – opowieści z podróży

Sri Lanka

Sri Lanka to kraj kontrastów. Spędziłem tam 3 tygodnie jako pilot wyprawy trampingowej. Oto najciekawsze opowieści ze Sri Lanki:

Horror w dżungli. Kiedy wycieczka zamienia się w walkę.

– Ile pojedziemy?
– Niecałe 4 godziny.
Lankijski przewodnik uśmiecha się szeroko.

Cudowna wycieczka.
Wczoraj safari, potem kolacja, basen.

– Ruszamy! 150 km. Pamiętajcie, że to Sri Lanka. Mówią, że 4 godziny. Ale liczcie 5. Samej jazdy, do tego postoje.

Piękna droga. Ocean i palmy.
Idylliczny przystanek na plaży.
Fale rozbijają się o skały tworząc naturalną fontannę.

Przystanek w miasteczku.
Ananasy za kilka rupii.
– Zróbcie zapasy. Dalej jest dżungla.

Jedziemy już 6 godzin.
Jeszcze jeden przystanek.
Kierowca rozlewa lokalny alkohol do plastikowych kubeczków.
– To na pożegnanie. Dżungla to nasza ostatnia podróż.
Sobie i mi nalewa oranżadę z colą.

7. godzina.
Skręcamy w drogę gruntową.
„Las deszczowy Sinharaja. 17 km.”

Zaczyna padać. Droga zamienia się w błoto.
Kamienie, dziury, wertepy.
Jedziemy w górę i w dół.
Droga staje się tak wąska, że mijający nas motor musi zjechać w krzaki.

Po prawej wije się rzeka.
Brązowa, gęsta woda. Zapach dżungli.
Roślinność osacza autobus.

W górę i w dół.
Jedziemy tak wolno, że można wyskoczyć i wrócić.
Kilometr za kilometrem.
To nie jest droga dla autobusów.

Deszcz się wzmaga.
Wyboje stają się większe.
Mijamy pickupy z workami herbaty.
Centymetr dystansu od boku pickupa.
Pot kierowcy spada na deskę rozdzielczą.
Atmosfera staje się gęsta.

Ósmy kilometr.
Przewodnik krzyczy do telefonu.
Spoglądam na twarze na tylnych siedzeniach.
Przygoda. Boże, błogosław alkohol w plastikowych kubeczkach.

Stromy podjazd.
Silnik warczy, ale ani drgniemy.
– Wysiadać! Pojedziemy czymś innym!

Chaos. Biegniemy.
I huk. Wnętrze czarnego potwora.
Pancerny, zdezelowany, z drewnianymi ławkami.
Stary autobus z silnikiem gorącym jak magma.
Tak głośnym, że musimy krzyczeć.

Miejscowy chłopak pali sprzęgło na pierwszej górce.
Smród przenika i straszy.
Zapada ciemność.
Deszcz huczy o dach. Zmienia drogę w błotne grzęzawisko.
Coraz większe podjazdy. Huk silnika zagłusza już wszystko.
Po lewej skały, a po prawej przepaść.

Błoto.
Autobus osuwa się w prawo.
Kamienie.
Huk silnika i w górę.

14. kilometr. Dziesiąta godzina jazdy.
Wielki pająk zsuwa się z sufitu.
Dziewczyny zwiewają na tył autobusu.
Kierowca krzyczy coś w noc.

Najgorszy podjazd. Droga wąska jak nigdy.
I błoto, i pod górę.
Gałęzie uderzają w autobus.

Za późno by się wycofać. Za wcześnie, żeby się cieszyć.
– O ja pierdolę.
Tył autobusu wpatruje się w przód.

Nikt z nas nie chce tu być.
Jedziemy autobusem przez dżunglę.
Wtaczamy się z hukiem zarzynanego słonia.

Błoto. Droga już nie istnieje.
Ulewa zmienia tę podróż w walkę.
– Wychodzę! Nie będę jechała tym autobusem!

– Zabieram ich pieszo! Czekajcie na jeepa.
Wskakuję w kałużę.
Ściana deszczu spada na moją głowę.
Wątłe światło latarki. Dżungla.

Idziemy w błocie.
Woda pod stopami. Wchodzimy w butach do ciemnego strumienia.
Jest czarno.
Cztery postacie suną gdzieś za mną.

Wreszcie gdzieś daleko pojawia się wątłe światło.
Żarówka gdzieś w dżungli.
Pijawka przykleja mi się do nogi.

Wpadamy przez bramę.
Weranda, drewniana chata.
Płacz ukojony zapachem herbaty.
Ręczniki, najszczęśliwsze twarze świata.

Nadjeżdża jeep.
– Rany, ale zabawa!
Plastikowe kubeczki Bóg stworzył zaraz po raju.

Gdzie ja jestem? Czemu wszystko miesza mi się w głowie? Syndrom ulicy. Syndrom podróżnika.

Środkowa Sri Lanka.
Noc.
Typowa ulica w małym miasteczku.
Wzdłuż drogi chaos. Sklepiki, stragany z owocami, małe lokalne knajpki, w których można zjeść placki z jajkiem.

Na rogu sprzedawca czegoś smażonego.

Wszędzie ludzie. Siedzą na progach, jedzą, rozmawiają. Kierowcy tuk-tuków wymijają pieszych. Ktoś niesie jakieś kartony. Ktoś inny rzuca śmieci na ulicę.

Byłem tu.
Byłem tu już dziesiątki razy, setki, tysiące.
Zamykam oczy.

Jestem przed sklepem w Boliwii.
Warzywa, plastikowe woreczki i cola na półce.
Pstryk.
Mała knajpka w Wietnamie.
Kierowca tuk-tuka wjeżdża między stragany.
Pstryk.
Laos. Identyczne budki z tanim jedzeniem.
Pstryk.
Indie. Ekwador.
Maroko. Chiny.
Mongolia. Fidżi. Jordania.
Kambodża. Tajlandia. Nepal.
Pstryk.
Indonezja. Niosą kartony, siedzą na progu, rozmawiają.

Otwieram oczy.
Nie mam pojęcia, gdzie jestem.
Ulice na całym świecie wyglądają tak samo.
Śmieszne to, ale czasami większą egzotyką jest dla mnie spacer po miasteczkach w Polsce.

Pamiętam mój pierwszy dzień w Maroku. Jechałem z lotniska przez przedmieścia Inezgane. Te same domy z odrapanymi ścianami. Te same stragany z jedzeniem. Te same plakaty i sklepy z pirackimi DVD.
Te same co w Peru.

Dzisiaj też momentami nie miałem pojęcia, jaki to kraj.
– Sri Lanka, sir.

Nie ma tu nic nowego.
Nic nie zaskoczy mnie tak jak przed laty.

Ale jedna rzecz telepie się w mojej głowie.
Lubię te miejsca. Lubię te chaotyczne ulice – identyczne na całym świecie.
Kolory, zapachy i smażone placki.
Rozbrajający chaos. Przystrojony kartonami i uśmiechem pani sprzedającej mango.

Bo może miejsce, gdzie wszystko zlewa mi się w jedną rzeczywistość,
mogę nazwać domem?

Obama był Syngalezem. Samoloty wynaleźli na Sri Lance. 10 tysięcy lat temu. Obłęd ajurwedyjski.

Wyrzućcie podręczniki.
To śmieci.

Przyjedźcie tu, na Sri Lankę.
To tu wymyślono świat.
Tu była mądrość, nauka i sztuka.
I wynalazki. Samoloty na rtęć sprzed 10 tysięcy lat.

A przynajmniej tak Wam tutaj powiedzą. ;)


– Nasza kochana Pana Wojtek!
Postawny Syngalez uśmiecha się od ucha do ucha.
– A czy kochana Pana Wojtek wie kto taka Budda urodził się?

Znowu. Znowu będzie o Syngalezach.
– Ta Budda urodzić się Sri Lanka. Nie wierzyć India. Wszystko Sri Lanka.

Sri Lanka. Mityczna kraina mądrości.
– Tu Hitler wysyłał szpiegi! On chciał wiedza starożytna Sri Lanka.
– …?
– My mieć samoloty. 10 tysięcy lat temu historia. One latać na rtęć. A Hitler chcieć ta wynalazki. I statki kosmiczne.

Postawny Syngalez uśmiecha się z rozbrajającą szczerością.
Przed chwilą pokazywał mi rzeźby, w których rozpoznał statki kosmiczne i astronautów w hełmach. I krasnoludy.
– To wszystko Sri Lanka. Sri Lanka najwieksza kraj na świecie. Nasz król podbijać Indie. I być w Polska.
– …?
– Nasza kochana Pana Wojtek znać król Krak na Wawelu. Krak syngaleski Krakola. Oni dzielić się wiedza Sri Lanka.

Sri Lanka.
10 tysięcy lat.
Najstarsza cywilizacja świata.
Starsza od Babilonu, Egiptu i Chin.
I Atlantydy.
– Nie, Atlantydy nie. Atlantyda to być Sri Lanka.


Wieje wiatr.
Wpatruję się w jezioro, które zbudowali starożytni królowie Sri Lanki.
To akurat pawda. Mieli hopla na punkcie hydroinżynierii.
Przez wieki zbudowali setki jezior w myśl zasady, że żadna kropla deszczu nie może wsiąknąć w ziemię, dopóki nie posłuży celom człowieka.

Królowie nie lubili poddanych, którzy sprzeciwiali się ich nadludzkim planom.
Przeciwników nabijali na pal na dnie przyszłego jeziora.
– Nie, Pana Wojtek. Nasza kochana! Nasi królowe dobzi. Oni nie zabijać. Oni budować.
I znów rozbrajający, szczery uśmiech.


Zachodzi słońce.
Mieszają mi się zapachy, dźwięki i historie o Syngalezach.
Groblą na jeziorze wędrują słonie.

Silne ręce masują mi głowę.
Moje ręce leżą na ręczniku wsród ziół.
Masażyści stosują chwyty starożytnej syngaleskiej ajurwedy.

Płynie cicha muzyka.
Słychać radosne śmiechy.
Noc.

Odpływam pod warstwą ziołowych olejków.
Moje myśli są czyste i spokojne.
Obama był Syngalezem.
10 tysięcy lat temu.

Chiran. Chłopiec, który wskoczył do rzeki.

– A ten tam na końcu to chłopak do pomocy.

– Jak ma na imię?
– Nie wiem. Ej ty, jak masz na imię?
– Chiran…

Był sobie chłopiec.
Miał na imię Chiran.

– Male! Chłopcze!
– Yes, sir!
– Zabierz bagaże Państwu.
– Yes.
– I biegnij po parasole.

Chiran zawsze biegał. I siedział z tyłu. Wsród sterty plecaków.
Pierwszy przychodził, ostatni wychodził.

– Ile masz lat?
– Dziewiętnaście.
– Masz dziewczynę?
– Nie mam. Ale mama mi jakąś znajdzie.

Stawał z boku i patrzył.
Uśmiechał się tak szeroko, jakby dawał nam całe lankijskie słońce.

Wsród ludzi był wtedy, gdy miał coś załatwić.
– Przynieść, Chiran.
– Male!

Lubił siadać na progu i patrzeć na rzekę.

– Chodź do wody, Chiran!
– Nie mogę. Nie umiem pływać, sir.

Kiedy wieczorami wracaliśmy z miasta, na tyłach hotelu pucował autobus.
Codziennie, do nocy.
– Chiran! Czy Ty w ogóle dostajesz za to pieniądze?
– Autobus musi być czysty, sir.

Równina Hortona.
Zamglone pustkowie na wysokości dwóch tysięcy metrów.
Gęsty, rzęsisty deszcz.
Zimno. Lodowaty wiatr.
Chiran w koszulce podbiega z parasolem.
– Parasol, sir.
– Ubierz się Chiran. Weź polar. Masz.

Długi marsz.

– Skonczyłeś szkołę?
– Byłem w armii, sir. Trzy lata. Brali tylko najlepszych.
– Miałeś 16 lat, gdy wzięli Cię do wojska?
– Niecałe. Ale teraz będę przewodnikiem.
– To dlatego jeździsz z nami z tyłu autobusu?
– Uczę się japońskiego. Kiedyś będę oprowadzał japońskie wycieczki. Jak mój Master, mistrz.

– Chiran!
Krzyk mistrza brzmiał jak armata.
– To nie miód, male! Pani kupiła przez ciebie zwykły cukier!
– Ale…
– Rusz mózgiem zanim coś zrobisz.

– Chiran!
Śmiech mistrza rozbawił wszystkich.
– Jego ojciec jest krawcem. Chiran, zszyj Panu spodnie.

Był zachwycony, że mógł z nami jechać.
– Nigdy nie widziałem całej Sri Lanki, sir.
Równiny, starożytne miasta i zamglone góry.
Pierwszy raz na Szczycie Adama.
Pierwszy raz na safari.

– Chodź z nami, Chiran! Możesz płynąc z nami w dół rzeki.
– Nie umiem pływać, sir.
– Będziesz bezpieczny, Chiran.

Wczesny ranek.
Rzęsisty deszcz w tropikalnej dżungli.
Rozpędzeni mijaliśmy skały pośrodku rwącego nurtu.
Chiran trzymał się liny.

– Wszyscy do rzeki! Skaczcie!

Chiran zadrżał. Spojrzał w nurt i puścił krawędź pontonu.
– Na plecy, Chiran! Odwróć się na plecy!

Wielka fala przykryła nas wszystkich.
Zamknąłem oczy.
I znów chełst powietrza.
Chiran! On płynie! Uśmiecha się jak całe lankijskie słońce.

I wieczór.
Parking za hotelem.
Chiran gąbką pucuje autobus.
Oczy ma wielkie i pewne jak stal.

– Wie Pan co, sir? Zmieniłem plany.
– Co zrobisz, Chiran?
– Sam znajdę sobie dziewczynę.

Run! Run! Run! Atak dzikich os. Niesamowita przygoda na Sri Lance.

– Run! Run! Run! Uciekaj! Szybko!
Wszędzie panika. Dookoła ludzie. Biegną do metalowych klatek.

– Boże! Szybko!
– Kur*a mać!

Biegniemy. Chaos. Kamienie i żwir.

– Otwieraj! Aaaaa! Aaaaaaaa!

Sto osób.
Klatki.
Drobna siatka z drutu.

Spojrzenie w górę. To osy!
Potężne i straszne. Są tam. Wściekłe.
I żądlą.
I żądlą.

Już w klatce. Ludzie. Nogi, ręce, ścisk.

Tam dalej. Biegną do klatek i krzyczą. Bo osy. Osy na całej twarzy.
Opuchnięte wargi i oczy.
– Open the gate!!!!!


Sigiriya. Forteca z piątego wieku.
Gigantyczna skała pośrodku równiny.
Bratobójcze walki i morderstwo króla.
Budowa twierdzy nie z tego świata.
Skała zmieniona w przerażającego lwa. Kamienne łapy i twarz.
Na szczycie forteca.
Walka dwóch armii, Kassapa na słoniu podrzyna sobie gardło.


Stoimy w klatce.
– Na ziemię!

Miażdżymy osy na metalowej siatce.
Na zewnątrz w sekundę rozpalili ogniska.
Ogromna chmura dymu uderza w chmurę os.
I pali w oczy.

– Kombinezony!
Przechodzą z rąk do rąk.
Szczelne kurtki, spodnie, pszczelarskie hełmy z siatką na oczy.
Czterdzieści stopni.
Pot spływa ciągłym strumieniem.

Biegną ostatni. Byli na szczycie 2 minuty przed nami.
Pożądlone twarze. Jedna wielka klucha.
Dziesiątki żądeł wystających wszędzie. Wyjmują je jak patyczki.

Opada tętno.
Ruiny twierdzy króla Kassapy.
Jesteśmy pod szczytem ogromnej skały pośrodku równiny.
W klatce. Ubrani jak w kosmos.
Metr obok Chińczycy wyjmują sobie żądła z powiek.
Dym gryzie oczy.

Moja grupa. Przed chwilą mówiłem im o Kassapie.
Obok łapy wielkiego lwa.
Gdyby wcześniej…

Dwie minuty.
Sigiriya. Forteca króla Kassapy.

[Podoba się? Udostępnij i polub to na Facebooku. Przyciski pod zdjęciami.]


Zdjęcia ze Sri Lanki

Słonie, drzewa kauczukowy, wypalanie cegieł, betel i pyszne kokosy. Sri Lanka.












Udostępnij i Komentuj