Świat Wciąga » Oceania » Nowa Zelandia » Historia Nowej Zelandii » Erebus. Katastrofa lotnicza na Antarktydzie

Erebus. Katastrofa lotnicza na Antarktydzie

Katastrofa lotnicza na Antarktydzie (katastrofa na Erebusie) wydarzyła się w 1979 roku na zboczu wulkanu Erebus. Była to wówczas czwarta największa katastrofa lotnicza w historii lotnictwa oraz największa katastrofa w historii Nowej Zelandii. Dlaczego samolot się rozbił? Kto i dlaczego zmienił jego trasę? I co ten samolot robił nad Antarktydą?

Katastrofa na Antarktydzie

Był początek antarktycznego lata, 28 listopada 1979 roku.

Kapitan nowozelandzkich linii lotniczych, Jim Collins, obniżył lot. Przed nim rozpościerała się biel, całkowita, bez żadnych wyraźnych zarysów czy kształtów. Nad samolotem tylko białe chmury i biały śnieg w całym polu widzenia.

Był przekonany, że to, na co patrzy, to lodowiec szelfowy Rossa, tafla płaskiego, białego lodu rozciągająca się na 970 kilometrów na wprost. W rzeczywistości były to zbocza ogromnego ośnieżonego wulkanu, do których samolot zbliżał się z każdą sekundą.

To była najgorsza katastrofa lotnicza w historii Nowej Zelandii. Na Erebusie zginęło 257 osób.

Tragedia rozegrała się wiele tysięcy kilometrów od domu, na Antarktydzie, w przenikliwym zimnie, wśród śniegów i lodów.

Jakim cudem samolot pasażerski mógł w ogóle znaleźć się nad wschodnią Antarktydą? Kto był, a kogo nie było na pokładzie? I przede wszystkim… Dlaczego piloci przez cały czas nie wiedzieli, że lecą prosto w zabójczą ścianę wulkanu?

Loty na Antarktydę

Samolot McDonnell Douglas DC-10

Samolot McDonnell Douglas DC-10 należał do słynnych nowozelandzkich linii Air New Zealand. Był to samolot pasażerski, nowoczesny, z ponad 260 miejscami w kabinie i 20 członkami załogi.

Co ten samolot właśnie robił nad mroźną, odległą Antarktydą?

Nowa Zelandia a Antarktyda

Nowa Zelandia na mapie może wydawać się bliska wybrzeżom Antarktydy, ale w rzeczywistości z Auckland do miejsca katastrofy jest ponad 4,5 tysiąca kilometrów. Tyle, co z Polski do zachodnich Chin.

Chociaż faktycznie, najkrótszy dystans z Wyspy Stewarta na południu Nowej Zelandii do najbliższego miejsca na Antarktydzie to 2,5 tysiąca kilometrów.

Ale to nadal daleko, jak na awarię czy błąd nawigacji.

Czy samoloty latają nad Antarktydą?

A może po prostu najkrótsza droga z Nowej Zelandii na inne kontynenty prowadzi właśnie nad Antarktydą? Bo przecież u nas, na półkuli północnej to teraz norma.

Na przykład samoloty z Dubaju do Stanów Zjednoczonych latają prawie bezpośrednio nad Biegunem Północnym. A wiele lotów z Kanady lub Kalifornii do miast w Europie prowadzi trasami nad całą Grenlandią i innymi miejscami w Arktyce, bo tak jest po prostu krócej.

Czy więc tak samo podniebne trasy na południowej półkuli wiodą nad Antarktydą?

Cóż, w niektórych przypadkach z pewnością byłoby krócej. Na przykład najkrótsza trasa z Perth w Australii Zachodniej do Buenos Aires w Argentynie wiedzie prawie dokładnie nad Biegunem Południowym, a trasa z Nowej Zelandii do Południowej Afryki, na przykład Kapsztadu, wiedzie nad Antarktydą Wschodnią .

I choć właściwie te trasy byłyby wykonalne, to silne wiatry i niskie potrzeby dla utrzymywania tych tras, powodowały, że w tamtych czasach nie było takiej praktyki.

A więc w wypadku tego dziwnego lotu z listopada 1979 roku odpowiedź na to pytanie jest jednak zupełnie inna.

Odkrycie Antarktydy

Odkąd żeglarze na swoich drewnianych statkach zaczęli zapuszczać się coraz dalej na morza i oceany, na mapie naszego świata zaczęły pojawiać się nowe lądy, a znikać białe plamy.

Największą plamą nieodkrytego świata był zawsze obszar ukryty daleko na południu, gdzie lody i wiatry nie pozwalały tak łatwo dopłynąć statkom.

Dopiero w 1820 roku czyli wcale nie tak dawno, brzeg Antarktydy został odkryty przez Fabiana Bellingshausena.

Lecz lody i wiatry wcale nie zniknęły I mimo swego odkrycia, południowy kontynent – Antarktyda pokryta śniegiem i lodem była właściwie wciąż niedostępna prawie dla wszystkich ludzi.

Jedynie garstka najodważniejszych odkrywców i polarników od czasu do czasu zapuszczała się w te dalekie strony. I tylko oni mogli przekazać, jak pięknym i nieskażonym i dzikim miejscem jest Antarktyda.

Loty widokowe nad Antarktydą

Aż w końcu, w połowie lat 70-tych, australijski milioner wyczarterował samolot i zabrał ludzi na pierwszy lot widokowy z Sydney nad Antarktydę.

Było tak wielu chętnych że wkrótce dwie regularne linie lotnicze australijski Qantas i nowozelandzkie Air New Zealand zaczęły wykonywać cykliczne loty widokowe nad Antarktydą.

Trasa wycieczki na Antarktydę

Na trasie nowozelandzkiej pomysł był taki: rano wylecieć z Auckland, przelecieć nad Nową Zelandią z północy na południe Potem nad wyspami subantarktycznymi nad mroźnym, Południowym Oceanem Wyspami Balleny’ego i mniej więcej w godzinach południowych dotrzeć nad samą Antarktydę.

Tam samoloty zniżały lot, aby zapewnić swym pasażerom wspaniałe widoki: ogromną białą przestrzeń po prawej stronie samolotu, ciągnącą się aż do bieguna, wielkie lodowe klify, góry lodowe wpadające do oceanu, niezwykłe kontrasty bieli, błękitu i skał.

Z tego pierwszego miejsca nad Antarktydą samoloty leciały na wschód, wzdłuż wybrzeża aż do McMurdo Sound – niezwykłej, zamarzniętej cieśniny.

Lodowiec Szelfowy Rossa

W tym miejscu kończy się morze, a zaczyna lodowiec szelfowy. Teoretycznie jest się nadal nad Morzem Rossa, ale zupełnie tego nie widać Jest tylko biel tafli przykrywającej wodę grubym lodowym płaszczem. Nie widać miejsca, gdzie kończy się ląd, a zaczyna lodowiec, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Lodowiec sięga od kontynentu aż po przybrzeżne wyspy, na przykład Wyspę Rossa.

Wyspa Rossa jest jedną z najbardziej niezwykłych miejsc Antarktydy.

Na południowym krańcu są blisko siebie położone dwie bazy nowozelandzka Scotta i amerykańska McMurdo, największa na Antarktydzie. Rozmowa z nimi przez radio była zresztą jedną z atrakcji lotu.

Wulkany Erebus i Terror

Nad całą wyspą górują dwa gigantyczne ośnieżone wulkany Erebus i Terror – prawie 3800 i ponad 3200 metrów nad poziomem morza. To tak, jakby najwyższy szczyt Alp Austriackich wznosił się bezpośrednio z poziomu morza na wysokość prawie 3800 metrów.

To jest spektakularne miejsce, więc samoloty wlatywały nad lodowiec szelfowy, by zrobić pętlę wokół wulkanów. Pasażerowie mogli podziwiać dwa ośnieżone szczyty, lodowiec szelfowy kontrastujący z morzem, góry lodowe, Góry Transantarktyczne i bezkres białej pustyni.

Powrót do Nowej Zelandii

I to był taki punkt kulminacyjny tej całej wycieczki.

Po kilku godzinach samoloty zawracały, by w drodze powrotnej przelecieć nad morzem, nad wyspą Campbella, czyli jedną z Nowozelandzkich Wysp Subantarktycznych a potem, wieczorem dolecieć do Christchurch – po 11 godzinach nieprzerwanego lotu.

Tam, na największym lotnisku na Wyspie Południowej, przewidziany był krótki postój na tankowanie a potem samoloty leciały do Auckland gdzie docierały o 9 wieczorem.

W sumie ten dzień oznaczał pokonanie prawie 10 000 kilometrów tyle, co z Polski na Filipiny, albo do Południowej Afryki, Brazylii czy Kalifornii.

Loty z Nowej Zelandii

Wyjątkowe loty

Nie było gwarancji, że w ogóle uda się coś zobaczyć a zwłaszcza nad Morzem Rossa. Ale, w przypadku gorszej pogody, była też przewidziana trasa zastępcza – do południowego bieguna magnetycznego, który znajdował się nieco bliżej, na samym wybrzeżu Antarktydy Wschodniej.

W ogóle ta część Antarktydy była szczególną gratką dla podróżników oraz turystów, bo skoro do najbliższego lądu jest kilka tysięcy kilometrów to jej dostępność była bardzo ograniczona.

W przeciwieństwie na przykład do Półwyspu Antarktycznego, który od Ziemi Ognistej oddziela zaledwie 1000 kilometrów cieśniny. I zdecydowana większość antarktycznych turystów trafia właśnie tam, z Argentyny i Chile na pokładzie specjalnych statków.

Z Australii i Nowej Zelandii na Antarktydę jest dużo dalej. I właśnie dlatego te loty widokowe były tak rzadką okazją, by zobaczyć Antarktydę Wschodnią.

Cena biletów na Antarktydę

Bilety kosztowały ponad 300 dolarów, co w dzisiejszych pieniądzach wynosiłoby jakieś 3 i pół tysiąca złotych. Może i sporo – ale jeśli w ten sposób można było spełnić marzenia? Polecieć na Antarktydę raz w życiu?

Loty na Antarktydę odniosły tak gigantyczny sukces, że były wyprzedawane w ciągu kilku dni na cały sezon i właściwie prawie w ogóle nie trzeba ich było reklamować.

Zdjęcia z Antarktydy

W gazetach pojawiały się komentarze i zdjęcia zrobione przez zachwyconych pasażerów I samo to wystarczyło by ludzie szybko kupowali bilety.

Ponieważ widoki były zachwycające, to linie lotnicze sugerowały pilotom by obniżali wysokość nad Antarktydą co podobało się pasażerom, i przynosiło więcej spektakularnych zdjęć i większe dochody dla firmy.

Luksusowe loty

11-godzinny lot był zresztą czymś więcej niż wszystkie inne podniebne podróże. Obsługa była wręcz luksusowa – z szampanem, bezpłatnym barem posiłkami i przekąskami, Pasażerowie mogli wędrować po całym samolocie zmieniać miejsca, szukać widoków i robić niesamowite zdjęcia. I to w cieple i bezpieczeństwie.

Fachowy komentarz pokładowych ekspertów specjalnie dobranych naukowców i polarników pomagał zrozumieć, co akurat widać przez okno. Można też było wejść do kokpitu i pogadać z pilotem, na przykład w przerwie między jednym a drugim kieliszkiem szampana.

To całkiem nieźle, jak na podróż na mroźną i niebezpieczną Antarktydę, dla której jeszcze całkiem niedawno niezwykli odkrywcy poświęcali swe życie.

Poza tym to wszystko można było zobaczyć w jeden dzień, zamiast spędzać miesiące i lata na niebezpiecznych wyprawach.

Nic więc dziwnego, że linie lotnicze zabrały nad Antarktydę w ciągu kilku sezonów ponad 10 000 osób. W Nowej Zelandii trwał antarktyczny boom. Niektóre szkoły organizowały konkursy, w których do wygrania by właśnie lot nad Antarktydą.

Miejscowa prasa wciąż drukowała przepiękne zdjęcia i relacje z podróży. Kolejne loty zapowiadały się znów wspaniale.

Lot na Antarktydę

Rankiem 28 listopada 1979 r., na lotnisku w Auckland, 237 pasażerów zajęło miejsca w samolocie McDonnell Douglas DC-10.

Był to w tych czasach niezwykły samolot, nowoczesny i o ogromnym zasięgu. Tamten konkretny egzemplarz miał tylko 5 lat, i ponad 20 tysięcy godzin lotu za sobą i był prawdziwą dumą linii lotniczych Air New Zealand.

Wśród 237 pasażerów było 180 osób z Nowej Zelandii 24 z Japonii 22 z USA i 11 z kilku innych krajów. Do tego 20 osób załogi oraz pokaźnie zaopatrzony barek.

Piloci

Kapitan Jim Collins i pierwszy oficer Greg Cassin byli bardzo doświadczonymi pilotami, z wieloma tysiącami godzin lotu na koncie. Choć także dla nich miał być to pierwszy lot nad Antarktydą.

Edmund Hillary

Największą atrakcją, poza pięknymi widokami, miał być też zupełnie wyjątkowy gość.

Komentatorem tego lotu miał być sir Edmund Hillary, zdobywca Mount Everestu, i chyba największy bohater w historii Nowej Zelandii.

Hillary był też zdobywcą Bieguna Południowego, i nikt tak jak on, w całej Nowej Zelandii, nie znał się na wyprawach na Antarktydę. Dla 237 pasażerów musiało to być niezwykłym przeżyciem. Bezkresne widoki białej Antarktydy i głos Hillary’ego mówiącego o swoich przygodach. Do tego w każdym momencie mogli go spytać, co właśnie widać za oknem.

To trochę tak, jakby Neil Armstrong pokazywał Wam rozgwieżdżone niebo albo Krzysztof Kolumb komentował Wam trasę podczas rejsu na Karaibach.

Hillary brał udział w tych lotach od samego początku. Ale ten jeden lot musiał akurat odpuścić Ponieważ był umówiony na jakieś ważne spotkanie, poprosił swojego przyjaciela, Petera Mulgrew, o jednorazowe zastępstwo.

To także był bardzo ciekawy człowiek. Razem z Hillarym odbyli wiele wypraw, wspinali się w Himalajach tropili Yeti i – przede wszystkim – byli razem na Antarktydzie.

W 1958 r. byli trzecią lądową wyprawą na Biegunie Południowym w historii – po słynnym wyścigu Amundsena i Scotta.

Start

Samolot wystartował o 8 rano. Przeleciał nad Nową Zelandią z północy na południe potem nad Wyspami Subantarktycznymi, aż w końcu tuż po godzinie 12 dotarł nad Antarktydę.

Pasażerowie przez okna dostrzegli białe szczyty Gór Transantarktycznych, a piloci nawiązali kontakt z bazą McMurdo, odległą o 68 kilometrów, i otrzymali zgodę na obniżenie wysokości.

Kapitan wykonał manewr w kształcie ósemki, i zniżył lot z 3000 do 600, a potem 450 metrów. Samolot przebił się przez gęstą podstawę chmur, a pasażerom wyłonił się piękny widok cieśniny McMurdo. Punkty orientacyjne po lewej i prawej stronie były doskonale widoczne.

Pasażerowie, zachwyceni krajobrazem za oknem, wyjęli swe aparaty i zaczęli fotografować. Nie mieli pojęcia, jak bardzo istotne okażą się jeszcze te zdjęcia.

Lodowiec Szelfowy Rossa

Na końcu cieśniny McMurdo znajduje się jedno z najciekawszych miejsc na całej Antarktydzie. Lodowiec Szelfowy Rossa, wielka biała tafla ciągnąca się po horyzont.

Lodowce szelfowe to takie niezwykłe fragmenty lądolodu, które znajdują się nie nad stałym lądem, ale nad morzem – a w tym przypadku nad Morzem Rossa.

Kiedy piloci wlatują nad ten lodowiec, mają przed sobą 970 kilometrów białej tafli.

Jeśli do tego znajdują się pod chmurami, to wszędzie przed sobą widzą tylko biel, bez żadnego kontrastu.

Gdzie jest Erebus?

Jeden z pilotów zapytał:

– A gdzie jest Erebus?
– W lewo cztery, pięć mil na jedenastej … tak, yyy Nie, czekaj, nie wiem, naprawdę nie wiem.

– Tam jest. Tam widać krawędź. Erebus jest tam, po lewej.

Wszyscy obecni byli przekonani, że są nad lodowcem w bezpiecznej odległości od Wyspy Rossa po lewej stronie i jej ogromnych wulkanów.

Zresztą, zobaczyli dokładnie to, czego oczekiwali: brzegi cieśniny po lewej, brzegi po prawej i całkowitą biel na wprost. Rozpoznali przylądki i wiedzieli, że lecą nad Cieśniną McMurdo, z Erebusem po lewej stronie

Ale w rzeczywistości byli 44 kilometry dalej na wschód.

Lecieli nie nad cieśniną, tylko zatoką Lewis Bay a tamte przylądki rozpoznali błędnie.

Siedzieli w kabinie i wpatrywali się w wielką biel. Ale nie był to płaski lodowiec lecz ośnieżone zbocza wulkanu Erebus.

Katastrofa

O godzinie 12:49 włączył się alarm: “Whoop whoop. Pull up, pull up”.

Piloci natychmiast poderwali maszynę, zwiększyli moc i próbowali odejść na drugi krąg.

Ale 6 sekund później samolot z 257 osobami na pokładzie wbił się w lodowe zbocza wulkanu Erebus, w jednym z najcudowniejszych i najpiękniejszych miejsc świata.

Akcja poszukiwawcza

Brak kontaktu z samolotem

Obsługa stacji McMurdo na Antarktydzie straciła kontakt z załogą samolotu.

Zadzwonili do Auckland, w Nowej Zelandii do centrali linii lotniczych: Tu McMurdo, powtarzam, nie mamy kontaktu z tym samolotem.

Amerykańskie władze wojskowe ze swojej bazy poderwały w powietrze jeden samolot i dwa śmigłowce, które ruszyły w kierunku cieśniny.

Lotnisko w Christchurch

Tymczasem w Nowej Zelandii na lotnisku w Christchurch zaczęli zbierać się już pierwsi krewni i przyjaciele tych pasażerów, których mieli odebrać z lotniska.  Samolot spóźniał się, a na tablicach informacyjnych pojawił się napis: “Lot opóźniony – sprawdź w linii lotniczej”.

Coś było nie tak, a zgromadzeni w hali przylotów krewni czekali w napięciu. Nerwowość narastała. Minęła godzina, potem następne pół.

Aż o 20:30 ktoś w lotniskowym barze zobaczył że telewizja przerwała swój program, by nadać informację specjalną: Są jakieś problemy z lotem 901 z Antarktydy.

Opóźnienie wynosiło już 2 godziny, a samolot powinien lądować już w Auckland. Tymczasem nadal nie było go nawet w Christchurch.

Telewizja znowu przerwała program. Oświadczenie linii lotniczej: Od kilku godzin nie ma żadnego kontaktu z samolotem. A do tej pory musiało mu już zabraknąć paliwa.

I to było wszystko, co większość krewnych wiedziała tej nocy.

Poszukiwania

Tymczasem wojsko zaczęło szukać samolotu na trasie. Z Nowej Zelandii wystartowały samoloty Królewskich Sił Powietrznych, żeby przeszukać obszar na południe od Wyspy Stewarta, aż do Wysp Subantarktycznych.

Od drugiej strony z amerykańskiej bazy McMurdo wystartował samolot aby prześledzić całą drogę z Antarktydy do Christchurch. Piloci wypatrywali śladów na oceanie, aż w końcu wylądowali w Nowej Zelandii. Media zalały ich falą pytań ale piloci nie mieli żadnych dobrych wiadomości. Nie znaleziono nic, co wskazywałoby na ślad samolotu.

Odnalezienie samolotu

Na Antarktydzie do akcji włączono kolejnych 6 samolotów. Wreszcie o godzinie 23:50 załoga amerykańskiego samolotu C-130 Hercules zauważyła czarną smugę na zboczach wulkanu Erebus. Pogoda się pogorszyła, dlatego nie mogli podlecieć bliżej.

Ale później z helikoptera pilot wypatrzył że to faktycznie wrak samolotu, a dookoła nie ma żadnego śladu ocalałych.

Po 1 w nocy linie lotnicze przekazały wiadomość, że samolot się rozbił.

Rankiem, na miejsce tragedii doleciał helikopter. Opuścił na linie trzech alpinistów, którzy podeszli bliżej do wraku. Nie było nikogo, komu mogliby jeszcze pomóc.

Zresztą nawet gdyby ktoś przeżył sam moment zderzenia, to jego szanse przetrwania na mrozie na odludziu byłyby bliskie zera.

Ratownicy z Nowej Zelandii

Po kilku godzinach z Nowej Zelandii wyruszył samolot specjalny. Na pokładzie prócz ratowników, policjantów, wolontariuszy i specjalistów od akcji w górach, był główny badacz wypadków lotniczych w Nowej Zelandii, Ron Chippendale, który miał poprowadzić oficjalne śledztwo.

Dotarli do bazy McMurdo, a potem helikopterem na miejsce katastrofy. Mieszkali w namiotach, 50 metrów od wraku, odłamków i ciał, i pracowali po 12 godzin na dobę. To była straszna praca w morderczym zimnie, przy silnym wietrze, na zboczu wulkanu na końcu świata.

Dwie czarne skrzynki odnaleziono już na początku. Natomiast potem, przez ponad tydzień szukano 257 ciał.

Nie będę opisywał w szczegółach tej akcji, bo jakoś nie chcą mi przejść przez gardło. Możecie się tylko domyślać, co pozostaje z samolotu i ludzi po zderzeniu z wulkanem. I jak to jest mieszkać potem w takim miejscu w namiocie.

W każdym razie po wielu bardzo trudnych przeżyciach odnaleziono 229 ofiar, które w specjalnych sieciach umocowanych pod helikopterami przewieziono do stacji McMurdo.

A potem nastąpiło załamanie pogody. Helikoptery stały uziemione na ziemi, a kilku ostatnich ratowników musiało przez wiele dni czekać w namiotach, na zboczu wulkanu.

Ponieważ praca była już wykonana, to w końcu mogli pogadać i pomyśleć o kruchości ludzkiego życia. Podobno dowódca zezwolił wtedy na jeden jedyny wyjątek w kwestii ruszania przedmiotów z wraku. Na tyłach Douglasa DC-10 w zamkniętych skrzynkach znaleźli butelki dobrego wina, które teraz dowódca pozwolił otworzyć.

Śledztwo

W Nowej Zelandii niemal wszyscy, dziennikarze, rodziny, śledczy zadawali bardzo ważne pytanie: Dlaczego samolot uderzył w wulkan?

Kwestie techniczne

Szybko wykluczono awarię techniczną. Samolot był sprawny, a wszystkie systemy działały jak należało. System nawigacyjny działał prawidłowo, podobnie jak system ostrzegania o bliskości ziemi, Współrzędne trasy wprowadzone do komputera pokładowego były dokładnie takie, jak w przygotowanym i wydrukowanym wcześniej planie lotu.

Czas reakcji załogi na polecenie “pull up” był nawet lepszy od czasu innych, doświadczonych pilotów podczas ćwiczeń w symulatorze.

Podejrzewano, że samolot musiał lecieć we mgle, ale i ta teoria szybko upadła, bo na zdjęciach, robionych przez pasażerów na sekundy przed katastrofą, widać było doskonałe szczegóły, a baza McMurdo informowała, że widoczność wynosiła wtedy aż 64 kilometry.

Raport Rona Chippendale’a

Komisja Rona Chippendale’a zbadała dowody, zawartość czarnych skrzynek i zapisy rozmów w kokpicie i w końcu winą za katastrofę obarczyła pilotów, którzy podjęli błędną decyzję o zejściu poniżej dopuszczalnego poziomu 1830 metrów.

Cała masa szczegółów, które również wypłynęły w tej sprawie, takich jak błędna trasa, utrata widoczności czy nieścisłości w czasie odprawy zostały zamiecione pod dywan. Przykryte argumentem, że gdyby samolot leciał wyżej, do katastrofy nigdy by nie doszło.

Wątpliwości

Pytań było jednak wciąż więcej niż odpowiedzi, Przyjaciele i krewni nie mogli pogodzić się z tym, że winą za wszystko obarczono pilotów.

Pojawiły się wątpliwości:

  • Skoro system nawigacyjny działał tak dobrze, a współrzędne zostały wprowadzone prawidłowo, to jakim cudem samolot znalazł się 44 kilometry od zaplanowanej trasy, zmierzając prosto w zbocze wulkanu?
  • Dlaczego piloci lecieli tak nisko?
  • Dlaczego mimo tak doskonałych szczegółów na zdjęciach sprzed katastrofy i widoczności na 64 kilometry piloci nie ominęli wulkanu?
  • I dlaczego Ron Chippendale pominął te wszystkie oczywiste pytania?

Komisja Mahona

Pod wpływem presji opinii publicznej i determinacji przyjaciół zmarłych pilotów, Peter Mahon, znany nowozelandzki sędzia, rozpoczął drugie śledztwo, w ramach Królewskiej Komisji Śledczej. I jego wnioski były zupełnie inne.

Wysokość lotu

Pierwszą rzeczą, jaką ustalił, było to, że zejście na tak niską wysokość nie było samowolą pilotów. Zdjęcia z poprzednich rejsów udowodniły, że samoloty Air New Zealand regularnie schodziły tak nisko, by zapewnić pasażerom jak najlepsze widoki.

Nawet oficjalna broszura reklamująca lot była oparta na zdjęciach zrobionych nisko nad ziemią, ponad trzy razy niżej niż oficjalny, najniższy dozwolony pułap.

Poza tym dodatkowo kilka minut przed katastrofą, piloci poprosili kontrolerów z McMurdo o zgodę na zejście na 450 metrów i zgodę tę uzyskali.

Wyglądało więc na to, że linia lotnicza rutynowo łamała przepisy o wysokości i nie dziwiło to nawet kontrolerów z bazy.

Whiteout

Druga rzecz. Widzieli wulkan czy nie widzieli? Jak to możliwe, że doświadczeni piloci, przy widoczności na 64 kilometry nie zobaczyli gigantycznego wulkanu?

Mahon zapytał ekspertów, a ci w odpowiedzi wyjaśnili zjawisko bieli, czyli whiteout, złudzenie optyczne polegające na braku kontrastu między śniegiem a chmurami, na przykład na Antarktydzie.

W takich warunkach nie można poprawnie ani ocenić odległości, ani nawet rozróżnić, czy przed obserwatorem jest odległy, płaski lodowiec, czy może bliska pionowa ściana. A linie lotnicze mimo dużego ryzyka, nie zapewniły pilotom żadnego szkolenia, by mogli sobie z tym zjawiskiem poradzić.

Zmiana trasy samolotu

Największą odkryciem komisji Mahona był jednak fakt, że trasa, którą miał lecieć samolot została zmieniona – i nikt nie powiedział o tym załodze. A to była absolutna sensacja.

Pierwotna trasa prowadziła na prawo od wyspy, przez środek Cieśniny McMurdo.

Zmieniona trasa prowadziła 44 km dalej na wschód, prosto na zbocza wulkanu Erebus.

Kto i dlaczego zmienił tę trasę w tak absurdalny sposób? Dlaczego nie poinformowano załogi? I komu zależało na tym, by sprawa nie została do końca wyjaśniona?

Pierwotna trasa

Dwa lata wcześniej Ministerstwo Transportu Nowej Zelandii zatwierdziło trasę pierwszych lotów na Antarktydę. Trasa ta prowadziła – uwaga – bezpośrednio nad górą Erebus.

I kilka pierwszych lotów rzeczywiście przebiegało tamtędy, oczywiście na odpowiedniej wysokości powyżej szczytu wulkanu.

Niemniej przy pięknej pogodzie, piloci mieli odgórne przyzwolenie linii lotniczej na modyfikacji trasy. Chodziło o to, by zapewnić pasażerom możliwie najlepsze widoki.

Dlatego z czasem większość pilotów zamiast nad Erebusem, zaczęła latać nad Cieśniną McMurdo co było zdecydowanie lepszą i bezpieczniejszą trasą.

Komputeryzacja

Jakiś czas później, nieco ponad rok przed wypadkiem, linia lotnicza wprowadziła jednak bardzo istotną zmianę. Zamiast opasłych segregatorów używanych dotychczas do przechowywania tras lotów, zaczęto używać komputerów.

I to właśnie wtedy ktoś musiał popełnić błąd. Gdy wprowadzał do komputera współrzędne trasy w pewnym momencie zamiast klawisza “6” wcisnął klawisz “4” i błąd ten przynajmniej jako błąd nigdy nie został zauważony.

Ale to był dopiero początek. Pech chciał, że taka modyfikacja trasy tak naprawdę poprawiła plan lotu Przesunięcie o 30 mil na zachód sprawiło, że przebiegała ona teraz środkiem Cieśniny McMurdo dokładnie tak, jak w praktyce latały samoloty.

Jeżeli ktoś nawet zauważył tę zmianę, z pewnością uznał, że ktoś tam wyżej w końcu poszedł po rozum do głowy i zatwierdzono logiczniejszy tor lotu – nie nad wulkanem – tylko nad cieśniną. A to pozytywnie wpłynęło na wszystko: na bezpieczeństwo, na pasażerów no i na piękne zdjęcia, które były najlepszą reklamą lotów.

Przez następne 14 miesięcy samoloty latały właśnie tą trasą. I właśnie ona była omawiana z pilotami na wszystkich odprawach przed lotem.

Czy był to błąd?

Chociaż w tym miejscu jest jedna wątpliwość, która nigdy nie została w pełni wyjaśniona.

Czy na pewno był to przypadkowy błąd? Czy naprawdę ktoś się pomylił wciskając “4” zamiast “6”? A może ktoś sprytnie wymyślił, że literówka będzie doskonałym pretekstem, by zmienić trasę lotu na korzystniejszą dla linii lotniczych, I to bez formalnego zmieniania planu i zatwierdzania go w ministerstwie, na co pewnie i tak nigdy nie byłoby zgody.

Jest jeszcze druga poszlaka, która wspierałaby taką hipotezę. W standardowym teleksie przesyłanym do kontrolerów lotu w bazie McMurdo, zaczęto od tej pory zamiast dokładnych współrzędnych ostatniego punktu nawigacyjnego używać nazwy tekstowej: “McMurdo”.

Według Mahona, mogło to być działanie celowe. Amerykańskie władze wojskowe które kontrolowały przestrzeń wokół bazy McMurdo, prawdopodobnie nie wydałyby zgody na zmianę trasy.

Odtworzenie wydarzeń

Odprawa

Dla kapitana Jima Collinsa i pierwszego oficera Grega Cassina, którzy nigdy wcześniej nie latali nad Antarktydą, wszystko zaczęło się 19 dni przed wylotem na odprawie w siedzibie Air New Zealand.

Głównym celem odprawy było poznanie trasy. Dostali do ręki mapy i wydruk planu lotu. Było całkowicie jasne, że trasa prowadzi nad środkiem cieśniny McMurdo, czyli nad płaskim lodem.

Te same współrzędne, które otrzymywali piloci, były następnie wprowadzane do komputera. Na ich podstawie automatyczny system IFR mógł poprowadzić samolot prosto do celu, bez konieczności ręcznego korygowania trasy.

Ten lot wyglądał na jeden z łatwiejszych. Pod koniec odprawy piloci obejrzeli audiowizualną prezentację, a potem odbyli 45-minutowy lot na symulatorze.

Żaden z pilotów ostatnich kilku faktycznych lotów nad Antarktydą nie był świadomy, że trasa lotu przedstawiana na odprawie nie jest dokładnie tą samą trasa, co trasa oficjalnie zatwierdzona przez ministerstwo. Nie miało to jednak żadnego praktycznego znaczenia, bo trasa “z błędem” była lepsza niż trasa “bez błędu”.

Kapitan Simpson

Na tej konkretnej odprawie, przed lotem kapitana Collinsa, był też obecny inny kapitan, Leslie Simpson, który również wybierał się na Antarktydę, tyle, że w poprzednim terminie, dwa tygodnie wcześniej niż Collins. Odprawa się zakończyła, panowie rozeszli, a kilka dni później kapitan Simpson poleciał na Antarktydę.

I właśnie wtedy, porównując wydruk z odprawy ze współrzędnymi zatwierdzonego lotu, doszedł do wniosku, że coś jest nie tak, bo obie trasy lekko się różnią w okolicach Cieśniny McMurdo. Poleciał według trasy z odprawy, ale natychmiast po powrocie do Auckland, zgłosił tę sprawę liniom lotniczym.

Zgłoszenie błędu przez kapitana Simpsona miało wpływ na życie 257 osób.

Naprawa błędu

Nocą przed lotem kapitana Collinsa, dział nawigacji linii lotniczych otrzymał zadanie naprawy błędów, o których mówił kapitan Simpson.

Tyle, że nikt w tym dziale, a już zwłaszcza tej nocy, nie był świadomy, o co dokładnie chodzi. Nie mieli pojęcia, że na odprawach pilotom podawana jest trasa prowadząca środkiem cieśniny.

Jedynym błędem, który wychwycili, patrząc na plan z ministerstwa były współrzędne ostatniego punktu nawigacyjnego to znaczy radiolatarni McMurdo. Być może wcześniej używano minimalnie innych współrzędnych, ale teraz mieli do dyspozycji najnowsze, poprawne współrzędne radiolatarni, wprowadzili je więc do komputera i wydrukowali nowy plan lotu.

Różnica współrzędnych była bardzo niewielka, mniej niż dwie mile w stosunku do trasy, zatwierdzonej przez ministerstwo. Być może dlatego z jednej strony mieli poczucie, że faktycznie poprawili jakiś błąd, zapewne ten, o którym mówił kapitan Simpson a z drugiej strony uważali, że wprowadzają tylko niewielką korektę.

Samolot w ich przekonaniu miał lecieć nad wulkanem i będzie leciał nad wulkanem, tyle że minimalnie obok poprzedniej trasy. Dlatego nikt nie uznał za konieczne, by powiadomić o tej zmianie pilotów, skoro nowe współrzędne będą na wydruku.

W rzeczywistości jednak planiści wprowadzili znacznie większą zmianę niż sami myśleli.

Nie dwie mile, a prawie 44 kilometry. Przesunęli tor lotu ze środka Cieśniny McMurdo na trasę zbliżoną do tej pierwotnej – przebiegającej nad wulkanem Erebus.

Noc przed lotem

Tej samej nocy, w swoim mieszkaniu, kapitan Collins studiował trasę Wyciągnął plan, który otrzymał na odprawie i rozłożył mapę na biurku. Otworzyły się drzwi pokoju i w drzwiach pojawiła się jego najmłodsza córka.

– Tato, nie mogę zasnąć.

Podeszła do niego i usiadła mu na kolanach.

– Gdzie jutro lecisz? – Na Antarktydę. O tutaj, zobacz. Tu wzdłuż wybrzeża, a potem środkiem cieśniny, nad Lodowcem Szelfowym Rossa.

Ranek przed katastrofą

Rankiem, w dniu katastrofy, kapitan Collins otrzymał kartkę ze współrzędnymi poprawionymi w nocy. Nikt nie zwrócił jego uwagi, na fakt, że współrzędne są różne od tych, pochodzących z odprawy.

Nowe współrzędne wprowadzono do komputera. Nikt nie porównał cyferek z nowego wydruku ze starym wydrukiem z odprawy.

Tymczasem mapy, które mieli do dyspozycji, nie były w wystarczającej skali, by łatwo można było wyłapać że w samej końcówce trasa prowadzi nad wulkanem.

Lot na Antarktydę

Samolot wzbił się w powietrze i wszystko wyglądało normalnie. Lecieli dokładnie zaplanowaną trasą. Minęli wybrzeże Nowej Zelandii dokładnie w punkcie, w którym mieli je minąć. Lecieli nad oceanem, Wyspami Subantarktycznymi i w dobrym miejscu dotarli nad Antarktydę.

Nie było żadnych sygnałów świadczących, o tym że ktoś zmienił trasę.

Obniżenie wysokości

Dotarli w rejon Cieśniny McMurdo i aby zapewnić pasażerom najlepsze widoki, piloci postanowili obniżyć lot, i przebić się przez białą warstwę chmur. Kapitan był przekonany, że są nad Lodowcem Szelfowym Rossa. Wykonali ósemkę i obniżyli wysokość.

Ujrzeli dokładnie to, czego się spodziewali: morze pod samolotem, przylądki po obu stronach, i ogromną biel przed sobą.

Tyle, że przylądki były innymi przylądkami, morze pod samolotem było inną zatoką, a biel przed nimi nie była płaskim lodowcem szelfowym, a wyrastającym tuż przed nimi ośnieżonym wulkanem.

Zakończenie

Raport Mahona

Raport Mahona oczyścił z winy załogę samolotu.

Rzucił też światło na ukrywanie dowodów i próby zaciemnienia wydarzeń przez linię lotniczą. Mahon nazywał to “zaaranżowaną litanią kłamstw” i żądał odszkodowań dla rodzin ofiar.

Raport wywołał publiczne trzęsienie ziemi. Air New Zealand dotąd firma marzenie, i wizytówka kraju – nagle otrzymała potężny cios.

Lecz jej szefowie mieli potężnych przyjaciół. Premier Robert Muldoon nie był zadowolony z wyników śledztwa. Ustalenia Mahona były krytykowane, a linie lotnicze toczyły batalię w sądzie próbując podważyć kompetencje Mahona.

Sąd przyznał, że Mahon faktycznie wykroczył poza zakres swojej jurysdykcji. Mówiąc w skrócie: zamiast wyszukać techniczną przyczynę tragedii, wpychał swój nos tam, gdzie nie trzeba.

Dla sędziego Mahona było to jak cios w twarz oraz kolejna próba przykrycia winy za katastrofę. Zwrócił się jeszcze do wyższej instancji, która po długich wahaniach w końcu niechętnie odrzuciła jego apelację.

Trzy lata później sędzia Mahon zmarł z powodu niewydolności serca.

Mówi się dzisiaj, że raport Mahona wyprzedził swoje czasy o 10 lat. Oprócz technicznych przyczyn katastrofy, Mahon wziął pod uwagę czynniki ludzkie poza samolotem.

Badał dysfunkcje wielkiej organizacji, z jej systemem zarządzania, przerzucaniem odpowiedzialności i ukrytymi błędami. Jeśli znacie historię Czarnobyla – to być może widzicie tu analogię: Wielki system zamiatający pod dywan niewygodne usterki, brak przepływu informacji i w końcu wielka katastrofa, a potem znowu zamiatanie pod dywan.

Największa katastrofa

To była największa tragedia w całej, powojennej historii Nowej Zelandii.

Wypadek na Erebusie był także w tamtym czasie czwartą najbardziej śmiertelną katastrofą lotniczą wszechczasów.

Następstwa katastrofy

Wnioski z raportu na zawsze zmieniły lotnictwo na całym świecie – od szkolenia pilotów po zakres badania wypadków. Pocieszające jest to, że zmienił się też sam sprzęt i przy dzisiejszej nawigacji katastrofa taka jak ta, podobno byłaby niemożliwa.

Air New Zealand już nigdy nie wysłał samolotu na Antarktydę. Australijski Qantas wznowił loty po 15 latach.

W 2008 roku sędzia Mahon został odznaczony pośmiertnie za wkład w zmianę podejścia do bezpieczeństwa lotów na całym świecie.

Przeprosiny

Rok później linie lotnicze oficjalnie przeprosiły za swoje zachowanie w następstwie katastrofy, choć nie za sam wypadek.

Wreszcie, w 40. rocznicę tragedii na Erebusie premier Jacinda Ardern złożyła oficjalne przeprosiny w imieniu rządu Nowej Zelandii i linii lotniczej, która nie dopełniła obowiązku dbania o pasażerów.

Na cmentarzu w Glen Eden znajduje się pomnik 44 ofiar katastrofy których ciał nigdy nie zdołano odnaleźć. Obok rośnie japońska wiśnia, posadzona na cześć japońskich pasażerów Podobno kwitnie równie pięknie, jak wiśnie w Japonii, a jej płatki na wiosnę przypominają śnieg.

Cztery i pół tysiąca kilometrów dalej, na zboczu wulkanu Erebus na Antarktydzie wciąż leży wrak samolotu częściowo przykryty śniegiem.

Katastrofa na Antarktydzie

Cześć!

Nazywam się Wojciech Piestrak.

Opowiadam o świecie na kanale Świat Wciąga.

Daj się zaprosić!