nz cover2

Nowa Zelandia – relacja z podróży (dzień po dniu)

Zobacz mój nowy kanał na YouTube:

Spis treści

[Dzień 0] Nowa Zelandia – plan podróży

W Nowej Zelandii środek lata. Po roku spędzonym w Auckland już jutro ruszamy w kolejną długą podróż – 5-miesięczny road trip po Nowej Zelandii i Australii. My, czyli Asia, Wojtek i 3-letnia Zuzia. I kilka maskotek.

Przed chwilą sprzedaliśmy ostatni stół. :) Wcześniej opuściła nas lodówka, pralka, materac, sofa, drugi stół, krzesła, toster, czajnik, kosz na pranie i wszystko to, czego normalnie potrzebuje się do życia. Kupiliśmy za to dmuchany materac, który idealnie pasuje do naszego 7-osobowego kombi.

Ruszamy częściowo tropem naszej pierwszej podróży po Nowej Zelandii, którą odbyliśmy 9 lat temu (ale ten czas leci) w ramach podróży dookoła świata. Ale tym razem mamy więcej czasu, więcej lat i więcej pewności, co lubimy robić w życiu.

Jedziemy z Auckland przez środek Wyspy Północnej do Wellington, a potem spędzimy prawie 2 miesiące na Wyspie Południowej. W marcu musimy sprzedać samochód w Christchurch, skąd polecimy do Melbourne, gdzie trzeba będzie kupić drugi samochód. Potem przez Adelajdę ruszymy w kierunku czerwonego serca Australii, do Uluru, a potem dalej na północ, przecinając w kolejne 2,5 miesiąca kontynent z południa na północ, aż do Darwin.

Trzymajcie kciuki, a jeśli chcecie, udostępniajcie proszę kolejne odcinki relacji i zdjęcia, które będą pojawiać się na Instagramie i Facebooku. I trzymajcie kciuki, żeby maskotki nie wypchnęły mnie z łóżka. :)

[Dzień 1] Auckland – pożegnania i pierwszy camping

Wyruszyliśmy bladym świtem, tzn punktualnie o 15. Nasz wiejski domek w półtoramilionowym Auckland po wyniesieniu wszystkich rzeczy wydawał się wielki. Za to nasz samochód po załadowaniu tych wszystkich rzeczy jakby się skurczył.

Na pożegnanie przyszli najbliźsi znajomi i sąsiedzi, z Bangladeszu, Korei i Nowej Zelandii.

Po raz ostatni zamknęliśmy drzwi na werandę, minęliśmy nasze drzewo mandarynkowe i pomachaliśmy Romio, psu sąsiadów, który nieraz wbiegał radośnie do naszego salonu.

Przemknęliśmy przez miasto, w którym spędziliśmy rok i które z obcego miejsca stało się naszym domem. Minęliśmy wulkany, plaże, wszystkie znajome dzielnice i ruszyliśmy na południe.

Miasto ustąpiło miejsca zielonym wzgórzom, rzekom i krajobrazom przypominającym Shire.

Nocujemy w samochodzie nad jeziorem. Zuzia jest przeszczęśliwa i zachwyca się każdym szczegółem naszego nowego życia.

Przez szybę w dachu widać nocne niebo. A ja sobie zdaję sprawę, że jeszcze nigdy nie podróżowałem z własną kołdrą. :)

[Dzień 2] Blue Spring i Rotorua

Obudził mnie mocny kop w brzuch. Zuzia obróciła się w poprzek samochodu i spokojnie spała dalej. Wyjrzałem za okno – nad jeziorem właśnie podnosiła się mgła. Zielone nowozelandzkie wzgórza pokryły się słońcem, a po nocnym deszczu nie było ani śladu.

W nocy przemokłem do suchej nitki próbując zamontować nad uchyloną szybą osłonę przeciwdeszczową, która akurat zdecydowała się odpaść w najsilniejszym deszczu. :) Ale to był ten rodzaj walki z żywiołem, który sprawia, że czujesz, że żyjesz. I ten rodzaj dumy, który przydarza się tylko wtedy, gdy w końcu wymyślisz, żeby szybę nakryć peleryną. ;)

Ruszyliśmy w drogę, zatrzymując się przy pierwszych z nieskończenie licznych nowozelandzkich atrakcji, które po kolei przypominamy sobie jadąc po śladach podróży sprzed dziewięciu lat. Różnica w odbiorze jest jednak ogromna, bo o ile wtedy zależało nam na tym, żeby zobaczyć jak najwięcej, to teraz potrafimy spędzać dużo czasu na takich sprawach jak np. bieganie z Zuzią tam i z powrotem po pomoście (20 razy) i skakanie przez fale.

W Blue Spring przypatrywaliśmy się rybom, które pieczołowicie obgryzały rośliny na dnie krystalicznie czystego strumienia. W Rotorua odwiedziliśmy geotermalne źródła, parujące jeziora i bulgoczące sadzawki z błotem.

A teraz przyjechaliśmy na noc do Granta, rodowitego Maorysa, który jakiś czas temu wyprowadził się z miasta i żyje wśród natury, bez prądu, tuż nad gorącym źródłem.

[Dzień 3] Maorysi i Taupo

Dzisiaj było maorysko… Obudziliśmy się w domku z dykty w komunie maoryskiej, bez prądu, wody i toalety. Obok stało marae, maoryski dom spotkań i kilka innych, bardzo biednych domków, wyglądających trochę jak polskie domki campingowe z lat 70-ych.

Nasz gospodarz opowiadał o swojej rodzinie, ośmiu braciach (mała rodzina) i o swojej mamie, która miała osiemnaścioro rodzeństwa. Mówił o swoich wierzeniach, ziemi, plemionach, kolonizacji i o mana, czyli o honorze, który jest dla niego najważniejszy (oko za oko). Śpiewał Zuzi maoryskie piosenki i uczył nas swojego języka.

Potem były dwa wodospady, z bardzo niebieską wodą, a potem w deszczu dotarliśmy do Taupo, nad największe jezioro Nowej Zelandii.

Ponieważ padało, spędziliśmy trochę czasu w bibliotece. W Nowej Zelandii są wspaniałe biblioteki, z zajęciami dla dzieci, komputerami i miejscem do pracy. Przez ostatnie pół roku bywałem w naszej bibliotece w Auckland prawie codziennie. A dzisiaj w Taupo przeczytałem Zuzi chyba z 12 książek. :)

Przed zmierzchem moczyliśmy nogi w gorących źródłach nad jeziorem. Teraz przy latarkach siedzimy nad rzeką i patrzymy na księżyc. Materac w samochodzie już przygotowany.

[Dzień 4] Tymczasem w Polsce

Dzisiaj na poważnie. Bez kolorowych zdjęć z Nowej Zelandii. Dziś dużo bardziej myślę o tym, co stało w Gdańsku (który rozważałem jako miejsce zamieszkania po powrocie do Polski).

Jasne, że za tragedią stał chory psychicznie bandyta. Ale to wpisuje się w coś większego. W systemowe budowanie podziałów, we wszechobecną mowę nienawiści, w cynizm, w propagandę jedynie słusznych mediów, w odrodzenie nacjonalizmów i nietolerancji. W świat, który mówi, że jeśli jesteś inny, jesteś zły. Który zamiast pomóc uchodźcom, straszy nimi.

Byłem w NZ na spotkaniu z prezydentem Polski, na którym wspomniano polskie dzieci-uchodźców, które Nowa Zelandia przyjęła w czasie drugiej wojny światowej. Na tym samym spotkaniu była mowa o tym, że Lwów i Wilno to polskie miasta i że nadal powinny być polskie (mówił o tym jeden z zaproszonych gości). Nikt tego nie sprostował.

Pamiętam niektórych kolegów z podstawówki, liceum, studiów, z pracy. Ile tam było nienawiści, do Romów, Żydów, Muzułmanów, Niemców, gejów, czarnoskórych. Ile tam było żartów o eksterminacji, ile tam było smutnego hejtu. Co takiego siedzi w nas, że nie potrafimy niczego nauczyć się z historii?

Ostatni rok spędziliśmy w Auckland. Każdego dnia dziękowałem w duchu za to, w jak różnorodnym miejscu jestem. W mojej dzielnicy było znacznie więcej Hindusów, Samoańczyków I Tongijczyków niż białych Kiwi. Na mojej ulicy była świątynia buddyjska (z pysznymi grejpfrutami), w bibliotece po maorysku śpiewała pani z Syberii. Moja 3-letnia córka bawiła się z rówieśnikami z Bangladeszu, Korei, Chin, Niemiec i wysp Pacyfiku. Ta różnorodność jest błogosławieństwem.

Możemy zrobić bardzo dużo dla zbudowania lepszego świata. Świata, w którym jest więcej tolerancji, miłości, różnorodności. Wystarczy przestać biernie zgadzać się na nienawiść. Uczyć dzieci otwartości zamiast poczucia narodowej dumy. Odważnie mówić o wartościach, tolerancji, prawach człowieka, prawach mniejszości. Każdy ma swój sposób, na swoją miarę. Ale żeby budować, trzeba działać.

Tongariro National Park

[Dzień 5] Tongariro Alpine Crossing

Nigdy nie doświadczyłem tak silnego wiatru jak dzisiaj. Był tak silny, że przewracał, a nawet unosił człowieka. Szczerze mówiąc niewiele brakowało, a zdmuchnąłby mnie w przepaść na szczycie wulkanu Tongariro. Po jednej stronie przepaść, po drugiej przepaść i krater. Widoczność dwa metry, nie da się zawrócić, nie da się iść naprzód. Więc pierwszy raz w życiu czołgałem się po kamieniach, na szczycie wulkanu, zanużony w nicości.

Tongariro i Ngauruhoe to wulkany, które grały we Władcy Pierścieni Górę Przeznaczenia, najczarniejsze serce Mordoru, tę, do której Frodo musiał wrzucić pierścień. Teraz już wiem, dlaczego Froda na dół transportowały orły…

Jeśli będziecie w Nowej Zelandii, polecam przejść 20-km Tongariro Alpine Crossing. Przy dobrej pogodzie idzie się podobno w kolejce Chińczyków. Przy takiej pogodzie jak dzisiaj, jest się tam prawie samemu. Nawet orłów nie było.

[Dzień 6] Trekking w Tongariro National Park

Za nami 6 dni i 700 km podróży przez Nową Zelandię. Już zupełnie nie pamiętamy życia innego niż to, które mamy teraz. Śpimy nad rzeką albo nad jeziorem, gotujemy pod niebem i czytamy książki (głównie Kubusia Puchatka). Podróżujemy 3 razy wolniej niż kiedyś. I bardzo nam się to podoba. :)

[Dzień 7] Mount Ruapehu i nocleg w chatce w górach

Znaleźliśmy pustą chatkę w górach, na stoku wulkanu Ruapehu w Nowej Zelandii. Szemrzący strumień, wodospad, widok na ośnieżony wulkan. Weszliśmy tam z plecakami i Zuzią na plecach (ale pół drogi przeszła sama, aż do wodospadu!), po drodze przechodząc bez mostu kilka sporych strumieni. Wieczorem porąbaliśmy drewno i zapaliliśmy ogień w kominku. Na niebie świeciły miliardy gwiazd, droga mleczna była widoczna tak, że nigdy jej w takiej okazałości nie widziałem. Zasnęliśmy w śpiworach, a Zuzia tuż wcześniej powiedziała: “Fajna ta nasza chatka.”

[Dzień 8] Wanganui

Kolejny dzień w górach, kolejne przekraczanie strumieni, a potem podróż przez niesamowicie zielone wnętrze Wyspy Północnej Nowej Zelandii, na południe od Tongariro National Park. W ogóle odkrywam, że Wyspa Północna też ma mnóstwo uroku. Zazwyczaj mówię wszystkim: Jedźcie na Wyspę Południową. Bo tam dziksza przyroda, pingwiny, wysokie góry, spektakularne przestrzenie. Ale Wyspa Północna też ma mnóstwo pięknych miejsc (podobnie jak Polska). Wystarczy wyjść z domu.

[Dzień 9] Levin

Odkryłem dzisiaj prostą prawdę, a zarazem ogromny argument za podróżowaniem z dzieckiem: W podróży mam dla niego dziecka mnóstwo czasu. Zero pracy, 24h godziny razem. Dzisiaj na przykład byliśmy dobrych kilka godzin na placu zabaw. Takim mega wypaśnym placu zabaw, z jeżdżącą kolejką i mnóstwem atrakcji. :) Zuzia była przeszczęśliwa. A ja wybiegałem się w takiej wielkiej pionowej karuzeli dla chomików. :) Zupełnie nowy wymiar podróżowania :)

Wellington

[Dzień 10] Odwiedziny po 9 latach

Dziś był wielki dzień, pełen wzruszenia i wspaniałych emocji. Przyjechaliśmy do Williama, fantastycznego człowieka, u którego mieszkaliśmy w Nowej Zelandii 9 lat temu… Wtedy przyjechaliśmy do niego na 1 noc, a zostaliśmy 6 tygodni. :)

Minęło 9 lat. William dorobił się siwej brody, a my przyjechaliśmy z 3-letnią Zuzią. Ale w głębi duszy jesteśmy tacy sami jak wtedy. Spragnieni świata, szczęśliwi, że spotkaliśmy dobrego człowieka, pełni pomysłów i marzeń.

Dziś czuję się szczęśliwy także z innego powodu. Przez lata żyłem z pragnieniem, by roczna podróż dookoła świata, którą odbyliśmy w wieku 24 lat, nie okazała się jedyną wielką wspaniałą rzeczą, którą zrobiłem w życiu. I dzisiaj mam już całkowitą pewność (i radosny spokój duszy), że tak się nie stało. Przez te 9 lat robiłem milion ciekawych rzeczy, byłem na Antarktydzie, objechałem ponownie pół świata, smakowałem wielu zajęć i zawodów w Polsce, prowadziłem wyprawy do Azji, przez ponad rok mieszkaliśmy w Nowej Zelandii, a teraz wyruszyliśmy w 5-miesięczną rodzinną podróż po NZ i Australii. To oczywiście nie jest żaden obiektywny wyznacznik czegokolwiek i każdy inny sposób życia może być równie fajny, ale to wszystko jest po prostu dla mnie osobiście ważne, to taki mój własny sposób przeżywania życia.

Dlatego dziś czuję coś wyjątkowego. I każdemu życzę takiego uczucia. Trochę trzeba się wysilić, żeby to poczuć. Czasami trzeba zrobić pętlę trwającą 9 lat. Ale warto.

Pozdrowienia z Wellington. Zdjęcie rzecz jasna z 2009 roku. A po prawej dzisiejsze wspominanie.

[Dzień 11] Złamałem rękę…

Dzisiaj w Wellington złamałem rękę w nadgarstku. Bardzo silny ból i taki ciekawy dźwięk gruchotania. Ale za to teraz jest ekstra i dziękuję medycynie za gaz rozweselający. :) Możecie sypać sucharami, będę się śmiał. :)

[Dzień 12] Muzeum Te Papa

Będzie operacja nadgarstka. Za kilka dni. Także póki co będziemy pomieszkiwać w Wellington, najbardziej wietrznym mieście świata. :)

A na zdjęciach figury z muzeum Te Papa, związane z nieudanym desantem wojsk australijsko-nowozelandzkich na półwysep Gallipoli w Turcji podczas pierwszej wojny światowej. To bardzo ważne wydarzenie w historii Nowej Zelandii. Figury są dwukrotnie większe od ludzi i robili je ci sami ludzie, którzy stworzyli filmowe postaci we Władcy Pierścieni.

[Dzień 13] Zwiedzanie Wellington

Złamanie złamaniem, ale pozwiedzać Wellington warto. :)

[Dzień 14] Mount Victoria

A tymczasem w Wellington lato w pełni. :)

[Dzień 15] Wellington Waterfront

Nie jadłem i nie piłem od nocy do 14, a tu pani dzwoni, że jednak dzisiaj operacji nie będzie. Jutro też mam nie jeść i nie pić. Na wszelki wypadek zjadłem pizzę. :)

[Dzień 16] Czekanie na operację

Od teraz moje życie jest proste:

  • – o 12 w nocy trzeba się najeść.
  • – o 5 rano wstać i napić się dużo wody.
  • – o 8 wstać i zacząć pracę przy kuchennym stole Williama.
  • – o 10 zacząć się zastanawiać, dlaczego jeszcze nie zadzwonili ze szpitala, że mam przyjść na operację. Zignorować fakt, że rodzina je pyszne śniadanie.
  • – o 11 pobawić się z Zuzią w brykanie jak tygrysy
  • – o 12 zadzwonić do szpitala i usłyszeć, że mam nadal czekać na telefon
  • – o 13 zacząć bzikować z głodu
  • – o 14 odebrać telefon ze szpitala, że przepraszają, ale dzisiaj operacji nie będzie. I że przypominają, żeby jutro rano nic nie jeść i nie pić, aż do momentu gdy zadzwonią. Natychmiast potem zjeść olbrzymie śniadanie połączone z obiadem
  • – o 15 wyjść na spacer po Wellington
  • – o 16 zgodzić się z Zuzią, że najlepszym sposobem zwiedzania stolicy Nowej Zelandii jest pójście na plac zabaw
  • – o 24 porządnie się najeść na następny dzień

Proste. :) Na razie przećwiczone 2 razy.

[Dzień 17] Ręka w gipsie

Zgadnijcie, co narysowała mi Zuzia na gipsie? :)

[Dzień 18] Wycieczka na obrzeża

Jako że operacja nadgarstka jutro, dzisiaj wybraliśmy się na całodzienną wędrówkę wokół Wellington. Miasto wprawdzie nad morzem, ale niewielkie i otoczone sporymi górami. Cały czas mieliśmy wrażenie, że to nie Nowa Zelandia tylko Bałkany. :)

[Dzień 19] Operacja

Jak jeść, to z rąk księżniczki, jak operować nadgarstek, to w Nowej Zelandii. :) Już po, wszystko dobrze, będziemy kontynuować podróż :)

[Dzień 20] Jedziemy dalej

Minęło 13 miesięcy od kiedy jesteśmy w Nowej Zelandii. I choć różnych rzeczy przewidzieć się nie dało (np złamanej ręki), to przeczucie, że będzie to niezwykła przygoda, było bardzo trafne. :) Na szczęście wszystko wskazuje na to, że jedziemy dalej. Chociaż dziś jeszcze na środkach przeciwbólowych. :) Ale zachody słońca w Wellington są całkiem niczego sobie…

[Dzień 21] Asia pakuje walizkę

A takie coś stoi sobie przed muzeum narodowym Nowej Zelandii. Już mnie nosi, żeby pojechać dalej. Ale już jutro uruchamiamy nasz tajny plan. Asia już pakuje walizkę…

[Dzień 22] Lot do Melbourne na 1 dzień, czyli jak Asia uratowała świat

Dzisiaj Asia poleciała do Australii ratować świat. :) A dokładnie ratować naszą podróż, bo po złamaniu ręki i operacji nadgarstka oczywiście nie mogę prowadzić samochodu. Tymczasem ponieważ Asia przebywała w Nowej Zelandii już ponad rok, jej prawo jazdy nie było tu już ważne. Co robić w takiej sytuacji? Jeździć nielegalnie (z nieważnym ubezpieczeniem), wrócić do Polski albo…

…albo polecieć na 1 dzień do Australii. :) I tak Asia poleciała dziś do Melbourne, wraca jutro (czyli prawo jazdy będzie znowu ważne).

Śmiejemy się, że podróże na 1 dzień do Australii to już w naszej rodzinie tradycja, bo ja zupełnie przypadkowo byłem w marcu na 1 dzień w Sydney w zwariowanej podróży powrotnej z Vanuatu.

A kiedyś wydawało mi się, że do Australii to tylko w podróż życia… :)

[Dzień 23] Co robić w Wellington?

Hurra, Asia wróciła z misji ratunkowej! Mówi, że Australia piękna, tylko nie zdążyła wszystkiego zobaczyć w 1 dzień. ;) Cóż, w takim razie z czystym sumieniem możemy wrócić do planu 2,5 miesięcznej podróży z południa na północ Australii – zaczynamy już pod koniec marca.

Przez ostatnią dobę byliśmy z Zuzią sami – i zwiedziliśmy już absolutnie wszystkie atrakcje Wellington, włącznie ze 2 muzeami, 2 galeriami sztuki, biblioteką i lodziarnią. Nosi nas, żeby jechać dalej…

Ale na szczęście to już za chwilę! Pozostało nam jeszcze 1,5 miesiąca w Nowej Zelandii. A ponieważ od dziś znów jesteśmy mobilni (misja ratunkowa Asi polegała na wylocie i wlocie do Nowej Zelandii w celu odnowienia ważności prawa jazdy), we wtorek ruszamy na kilka dni w podróż, żeby zobaczyć ten fragment Wyspy Północnej, którego jeszcze nie widzieliśmy – wybrzeże Pacyfiku na północny-wschód od Wellington.

Potem wrócimy na chwilę do stolicy, żeby pójść na kontrolę ręki do szpitala – ale dzień później popłyniemy już na Wyspę Południową, gdzie czeka nas kolejne 4-5 tygodni przygody. Juhuuu! :))

[Dzień 24] Dzień wielkiego pakowania

Dzień wielkiego pakowania! Po nieplanowanycu dwóch tygodniach w Wellington, jutro ruszamy dalej.

Już dziś rano Zuzia obudziła się z pytaniem: “To już dzisiaj podróżujemy?” :) Bo Zuzia (na szczęście) uwielbia podróżować. Jako dwulatka była w 19 krajach i 3/4 kontynentach, a teraz już jedną trzecią swojego życia spędziła w Nowej Zelandii.

I jak tak sobie na to patrzę, to bardzo się cieszę, że ma takie możliwości. Wszyscy mamy. Nie do porównania z tym, co było 30, 50, 70 lat temu. Jesteśmy niezłymi szczęściarzami, nie?

Na północny-wschód od Wellington

[Dzień 25] Featherstone

Moja ulubiona książka z czasów studenckich zaczyna się od słów: “Wiało, wiało niezmiernie.” I dzisiaj właśnie wiało. Wiało niezmiernie.

Wiało tak, że zwiewało krzesła, nie mówiąc o kapeluszu. Ale i tak dobrze jest znów być w trasie. Pierwszy camping po złamaniu ręki uważam za otwarty. :)

[Dzień 26]

Tu kręcili Władcę Pierścieni: Powrót Króla. My za to powróciliśmy tu z księżniczką. Chociaż księżniczka woli bawić się kamieniami.

A wiecie: jak jest kanion pełen kamieni, to się idzie wolno, bo przecież każdy kamień jest taki ciekawy…

Nocujemy w samochodzie nad oceanem. Fale grzmią, widać statek na horyzoncie. Zuzia myje śwince zęby. Dobranoc.

[Dzień 27] Cape Palliser

Dwie wiadomości. Najpierw zła:

Dzień zaczął się od tego, że pewna mewa zjadła moją jajecznicę…

Teraz dobra: potem już było tylko lepiej. :)

Dotarliśmy do największej kolonii fok na Wyspie Północnej. To było coś wspaniałego. Siedzieć na kamieniu przez godzinę i obserwować jak wszędzie dookoła ruszają się foki. Skakały, goniły się, ucinały sobie drzemki, ziewały. A w krzakach znaleźliśmy foczy żłobek. :)

A potem po południu siedziałem sobie nad oceanem, na plaży pustej po horyzont. Zuzia wtuliła się we mnie i poprosiła, żebym jej śpiewał. Ogrzewało nas leniwe popołudniowe słońce. Zuzia powoli zamknęła oczy, ziewnęła jak mała foka i zasnęła mi na kolanach…

[Dzień 28] Castlepoint

Jak cudownie wykąpać się w rzece! O poranku, tzn tuż po 12. :)

Dziś jechaliśmy przez puste, dzikie przestrzenie Wyspy Północnej – zielone góry, żółte trawy, wzdłuż błękitnego oceanu. Wszystko to zupełnie przypadkowo, bo gdybym nie złamał ręki, zwyczajnie nie przyjechalibyśmy do tego zakątka. Położony na uboczu, bez oczywistych atrakcji, zwykle jest za bardzo w bok od turystycznych tras.

A potem mieliśmy całą plażę dla siebie. Skakaliśmy przez fale i kopaliśmy tunel :)

[Dzień 29] Taumatawhakatangihangakoauauotamateaturipukakapikimaungahoronukupokaiwhenuakitanatahu i Te Paerahi Beach

Najdłuższa nazwa miejscowości na świecie. Potrafisz przeczytać? :)

I znowu przypadkowo trafiliśmy na coś ciekawego :) Po prostu przejeżdżaliśmy koło takiej tablicy.

A tak poza tym to dzisiaj jest dzień lenistwa. Rozbiliśmy namiot nad oceanem, wystawiliśmy stół, krzesła i czytamy. :) Przeczytałem już na głos 4 książki dla dzieci. A kiedy nadszedł mój czas na czytanie czegoś dla siebie, rozładowała się bateria w tablecie… Więc teraz podziwiam widoki. :)

[Dzień 30] Woodville Ferry Reserve

Pierwszy miesiąc za nami! Minął strasznie szybko. Jeszcze miesiąc temu mieliśmy dom z ogródkiem, teraz mamy za to nasze przenośne obozowisko, a ogródkiem jest cały świat. :) Od wczoraj sypiamy w namiocie i od teraz mamy aż 3 pokoje: spiżarnię w samochodzie, sypialnię w namiocie i salon z przenośnymi fotelami i stołem pod gołym niebem. :)

[Dzień 31] Powrót do Wellington

Po 7 dniach podróży i campingowania wróciliśmy do Wellington. Wyspę Północną mamy już przejechaną wzdłuż i wszerz, czas więc w końcu popłynąć na Południe! Jutro kontrola w szpitalu po złamaniu ręki, a w środę prom na Wyspę Południową.

Robimy więc w Wellington przerwę techniczną – pranie, maile, wrzucanie bajek w mp3 na telefon. :) Chociaż Zuzia już zapowiedziała, że jutro znowu chce iść do Te Papa do domku Maorysów. :)

[Dzień 32] Pamiątka z Nowej Zelandii

Pamiątka z Nowej Zelandii. :) Uważam, że bardzo gustowna, ergonomiczny kształt, wygląda jak arcydzieło sztuki nowoczesnej. I przede wszystkim nie będzie takiej sytuacji, że rzucę na w kąt albo będzie się kurzyć na półce. Będzie zawsze ze mną. :)

Wyspa Południowa – część północna

[Dzień 33] Wyspa Południowa po 9 latach

Po 9 latach wróciliśmy na Wyspę Południową Nowej Zelandii, jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Na promie płynęły z nami owce. A teraz jedziemy wzdłuż fiordów i zatoczki i śpiewamy: “Bo fantazja, bo fantazja, bo fantazja jest od tego aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego! “

[Dzień 34] Nelson i Motueka

Obudziły nas ciepłe promienie słońca wpadające do samochodu. Obok szumiała rzeka i śpiewały już ptaki. Leniwy poranek. Chyba już nasz pięćsetny poranek w Nowej Zelandii, każdy tak samo niezwykły.

Potem chodziliśmy po dnie wyschniętego jeziora i zastanawialiśmy się z Zuzią, gdzie się podziały wszystkie ryby. Idealne zajęcie na Walentynki :)

[Dzień 35] Abel Tasman National Park

Abel Tasman National Park, jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Dziś bez komentarza, bo zdjęcia mówią same za siebie. :)

[Dzień 36] Na farmie koło Glenhope

Najlepsze rzeczy w podróży przytrafiają się niespodziewanie. :) Dziś niespodziewanie trafiliśmy na farmę w sercu Nowej Zelandii. Jest tu tak pięknie, że można godzinami siedzieć na werandzie z kubkiem kawy i po prostu patrzeć i rozmyślać.

Nocujemy w indiańskim tipi, prąd jest tylko z baterii słonecznych, Zuzia karmi kozę, a nasza Couchsurfingowa gospodyni gra na gitarze. Są tu konie, góry i prężący się kot. :)

Najlepsze rzeczy w ogóle przytrafiają się niespodziewanie. :)

West Coast – Zachodnie Wybrzeże

[Dzień 37] Westport

Dotarliśmy na Zachodnie Wybrzeże, jeden z najdzikszych i najmniej zaludnionych zakątków Nowej Zelandii. Przywitały nas foki i owce. A teraz czeka nas długa droga na południe…

[Dzień 38] Pancake Rocks

Pierwsza naprawa auta. Na szczęście zepsuta była tylko cewka i załatwiliśmy to sprawnie. Ale w sumie ciekawa historia, bo jesteśmy teraz w dość słabo zaludnionym terenie, a jeśli coś się tutaj zepsuje, to mechanika i części można nie znaleźć w promieniu 300km. My przyjechaliśmy 250km zanim naprawiliśmy auto. I to dość przypadkowo, bo gdy już w końcu dojechaliśmy do miasta, mechanicy byli zarezerwowani na 2 tygodnie do przodu. Na szczęście w końcu się udało.

Tylko Zuzia mówi, że lepiej było jak samochód był zepsuty, bo wtedy tak fajnie skakał. :)))

Oczywiście w międzyczasie jechaliśmy wśród pięknych krajobrazów Wyspy Południowej. Były nawet Naleśnikowe Skały, te same co w podróży dookoła świata 9 lat temu.

[Dzień 39] Środkowa część West Coast

Dziś miał być tylko deszczowy tranzyt, a był chyba najpiękniejszy dzień na Wyspie Południowej.

Jest zielono, dziko, są jeziora, morze i busz, i bardzo mało ludzkich zabudowań. Szerokie rzeki lodowcowe spływają z Alp Południowych prosto do Morza Tasmana. Zupełnie inaczej niż gdzie indziej, nawet w Nowej Zelandii.

[Dzień 40] Lodowce Franz Josef i Fox Glacier

Znów piękny dzień. Dotarliśmy pod dwa słynne lodowce na Zachodnim Wybrzeżu Wyspy Południowej: Franz Josef oraz Fox Glacier. Byliśmy tu już w 2009 roku i… dzisiaj nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Lodowce znikają. Wszystko jest inaczej niż wtedy.

Moje wspomnienie z 2009r. jest takie, że przyjechaliśmy na parking pod lodowcem i w zasadzie lodowiec był zaraz obok. Dzisiaj z parkingu trzeba wędrować godzinę po terenie, gdzie wtedy był lodowiec, aż dochodzi się do punktu widokowego oddalonego od lodowca jeszcze o 1,5 km.

Ale nadal jest pięknie. :)

A wieczorem zasnęliśmy przy skarpie z paprociami, na której po zmroku pojawiły się setki glowworms, uroczych nowozelandzkich owadów (?), które świecą w ciemności gdy są głodne i żyją głównie w jaskiniach. Wyglądały jak choinka ze światełkami. :)

[Dzień 41] Przełęcz Haast

Od rana lało, więc mówię: “Mogłoby przestać”. A na to Zuzia: “Ale ja lubię jak pada, bo wtedy można chodzić po takich fajnych kałużach! ” :)

Rozpogodziło się na przełęczy Haast. Przemknęliśmy na drugą stronę Alp Południowych i znaleźliśmy się w Otago, krainie słońca i żółtych trawiastych wzgórz. To tu spędziliśmy prawie 2 miesiące 9 lat temu. Cudownie jest być tu znowu.

Otago

[Dzień 42] Jezioro Wanaka

Leniwy dzień nad jeziorem Wanaka. Od kilku dni jesteśmy zawsze ostatnimi ludźmi, którzy rano wyjeżdżają z campingu. Ale po co się spieszyć, skoro to, co najpiękniejsze jest właśnie tam – bajkowe jezioro, słońce i patyki do zabawy (dużo patyków, które Zuzia znosi do samochodu :)

Dzisiaj byliśmy więc w 3 miejscach: nad jeziorem, nad jeziorem z innej strony i nad rzeką :) Otago jest piękne i co ważne – bardzo słoneczne! (a to sprzyja zbieraniu patyków)

[Dzień 43] Cromwell

CROMWELL!!! Po 9 latach wróciliśmy do miasteczka, do którego kiedyś przyjechaliśmy na 1 noc, a zostaliśmy 2 miesiące. To tutaj pracowaliśmy zbierając czereśnie (które zarobiły na jedną trzecią naszej podróży dookoła świata). To tutaj mieszkaliśmy u Williama (tego samego, którego odwiedziliśmy w Wellington kilka tygodni temu). Teraz przyjechaliśmy tu z Zuzią. :)

Odwiedziliśmy wszystkie stare miejsca – dawny dom Williama, sady czereśniowe, jezioro, w którym pływaliśmy wtedy na jetski (bez złamań!), stare miasto (6 domów z 19. wieku, unikat w skali Nowej Zelandii, prawie jak osada w Biskupinie :) ), sklep, w którym robiliśmy zakupy i różne inne dobrze nam znane miejsca. Z nowych doszedł oczywiście plac zabaw. :)

[Dzień 44] Queenstown i Arrowtown

Obudziliśmy się w sadzie nad rzeką, tuż pod rozłożystą śliwą. Mamy teraz pół bagażnika pysznych słodkich śliwek. :)

Niedaleko było miasteczko Arrowtown, w którym spędziliśmy miłe przedpołudnie. 9 lat temu było tu kilka starych domów, a na ulicy kilku mieszkańców. Dzisiaj całe miasteczko jest odnowione, pełne kawiarni, galerii i sklepów, a po ulicach przechadzają się jakieś dwa miliony Chińczyków. :)

To samo w Queenstown, turystycznej stolicy Nowej Zelandii, którą odwiedziliśmy po południu. Ale ten cały zgiełk bardzo nam się podobał – artyści, gitary, kawiarnie. Po roku włóczenia się po nowozelandzkiej przyrodzie dobrze było zobaczyć ludzi. :)

Potem była przepiękna droga nad jeziorem, wśród gór.

A teraz zasypiamy w super miejscu – na darmowym freedom campingu przy nieczynnej zabytkowej stacyjce kolejowej w sennym nowozelandzkim miasteczku. Dobranoc. :)

Fiordland

[Dzień 45] Jezioro Te Anau

Dziś rano poszedłem do biblioteki, żeby podładować telefon… tzn ekhm… żeby zgłębiać dzieła literatury dawnej oraz wybrane wiersze maoryskie… Tak…

W każdym razie wszedłem w kurtce, a wyszedłem bez kurtki. I zorientowałem się 60 km dalej. :)

120 km później byliśmy znowu w tym samym miejscu, tyle że z kurtką. :)

Za to całe te 180km jechaliśmy przez miejsca magiczne, jedne z ładniejszych, jakie widziałem na całym świecie. Droga wijąca się po horyzont przez dzikie łąki i żółte trawy, a dookoła ośnieżone potężne szczyty gór.

Śpimy nad cudownym, spokojnym i rozległym jeziorem Te Anau w magicznym Fiordlandzie. Przed chwilą słońce schowało się za górami otaczającymi jezioro.

Jeśli jest coś takiego, jak koniec świata, to jest on właśnie gdzieś tu – na końcu końca Nowej Zelandii.

[Dzień 46] Milford Sound

Milford Sound jest miejscem kultowym. Fiord położony na końcu świata, w południowo-zachodnim, najdzikszym zakątku Nowej Zelandii. Prowadzi tu jedna droga, otoczona górami, jeziorami i dziewiczym buszem. I może właśnie dlatego ciągną tu ludzie z całego świata, spragnieni bezkresnego piękna. Bo jest tu pięknie, tak samo pięknie jak 9 lat temu.

Ludzie podróżujący dłużej po Nowej Zelandii dzielą się na tych, którzy jadą do Milford Sound i tych, którzy już stąd wracają – to taki punkt zwrotny podróży. My od dzisiaj będziemy wracać – ale oczywiście zupełnie naokoło.

Dziś śpimy nad rzeką. Ktoś niedaleko gra na gitarze. Dobranoc.

[Dzień 47] Dziki camping w buszu

Uroki wolnego podróżowania… Śpimy do 10, pijemy niespiesznie kawę nad jeziorem, zaglądamy w miejsca na uboczu od głównych szlaków. Najfajniejsze jest chyba to, że w jadącym samochodzie nie spędzamy wcale za dużo czasu. Zuzia może się bawić, zbierać patyki i gonić kaczki.

9 lat temu w Fiordlandzie, jedynym z najpiękniejszych regionów Nowej Zelandii, spędziliśmy 1 dzień, zaliczając po drodze główne atrakcje i myśląc “warto by było kiedyś wrócić…”. Teraz na to samo miejsce mamy 4-5 dni – wystarczająco długo, żeby codziennie zaszyć się w innym lesie nad innym jeziorem i po prostu cieszyć się chwilą ciszy.

[Dzień 48] Ognisko

Pieczone jabłka z ogniska. Nigdy nigdzie nie smakowały tak jak dzisiaj. Zebraliśmy z Zuzią drewno w nowozelandzkim buszu i rozpaliliśmy pierwsze w jej życiu ognisko.

A potem ugotowaliśmy kompot ze śliwek i czarnego bzu – a wszystko to zebraliśmy po drodze. Nadchodzi jesień. :)

Byliśmy też dzisiaj wszyscy w jaskini. Zupełnie sami, z latarkami, w zupełnych ciemnościach. Zuzia szła dzielnie za rękę i wypatrywała ciekawych nacieków skalnych. Aż nagle nad nami pojawiły się dziesiątki jasnoniebieskich światełek. Glowworms, nowozelandzkie stworzenia jaskiniowe, które świecą gdy są głodne. Czuliśmy się jak pod rozgwieżdżonym niebem…

[Dzień 49] Invercargill

Po 7 tygodniach podróży dotarliśmy na południowe wybrzeże Nowej Zelandii. Dalej jest już tylko kilka wysepek, Ocean Południowy i moja ukochana, tajemnicza Antarktyda.

9 lat temu wpatrywałem się tu w ocean, marząc o tym, żeby kiedyś tam pojechać. 6 lat później miałem szczęście stać na lodzie Antarktydy wpatrując się w biegające pingwiny. Zuzia była wtedy w brzuchu mamy.

Teraz jestem znowu na tym nowozelandzkim vwybrzeżu, z Zuzią, i razem wypatrujemy pingwinów. A od dzisiaj mogą się pojawić każdego dnia!

[Dzień 50] Southland

Najpiękniejszy region Nowej Zelandii.

Dzisiaj był piękny dzień. Obudziliśmy się w luksusowym domu naszego couchsurfingowego hosta. Dobrze było po ośmiu dniach skorzystać z łóżka, kanapy, kuchni i łazienki. :)

Poza tym zrobiło się ciepło. Najlepsze możliwe warunki do podróży przez Southland – najpiękniejszy region Nowej Zelandii. Dziewięć lat temu zachwyciły nas pingwiny, foki i niezwykłe wybrzeże pomiędzy Dunedin a Invercargill. A teraz jest tak samo pięknie.

Byliśmy dziś na plaży, na której wylegiwały się lwy morskie. Wędrowaliśmy wśród owiec po zielonych łąkach aż do wysokich klifów nad oceanem. A wieczorem odwiedziliśmy skamieniały las liczący 180 milionów lat. I jak tu się nie cieszyć? :)

Najbardziej na południe wysunięty punkt Wyspy Południowej Nowej Zelandii

Koniec świata! Najbardziej na południe wysunięty punkt Wyspy Południowej Nowej Zelandii. Po prawej zdjęcie z 2010 roku, po lewej z dzisiaj. :)

[Dzień 51] The Catlins i Nugget Point

Widzieliśmy pingwina! Stał sobie na plaży na kamieniach i wygrzewał się w ciepłym popołudniowym słońcu. I drapał się skrzydłem. Dobrze jest raz na 5 lat zobaczyć pingwina, polecam. :)

Widzieliśmy też ponownie lwy morskie! 9 lat temu jeden mocno pogonił mnie po plaży, więc tym razem, z Zuzią za rękę, wolałem zachować przepisowe 10 metrów dystansu. :)

Były też wodospady, bezkresne plaże, skakanie przez fale, wysokie klify, latarnie morskie i obłędne widoki. Co za dzień!

[Dzień 52] Dunedin, Tunnel Beach, Otago Peninsula i pingwiny

Kolejny dzień, kolejny pingwin! :) Tym razem wygrzewał się na trawie na szczycie wydmy. Łatwo go było wypatrzeć po białym brzuchu.

Odkryliśmy dzisiaj jedno z najfajniejszych miejsc w Nowej Zelandii, oczywiście zupełnie przypadkiem. Tunnel Beach koło Dunedin – jeśli będziecie, bardzo polecam. Mała, cudowna plaża u podnóża ogromnych klifów, do której można się dostać tylko wąskim tunelem wydrążonym w skale. Idealnie błękitna woda, rozpryskujące się fale, filmowa sceneria, słońce i malownicze skały. Cudo!

A teraz gościmy u Ibrahima, przemiłego Palestyńczyka z Gazy, który przez cały wieczór opowiadał nam o zawiłych dziejach Palestyny. I zrobił przepyszny humus! :)

[Dzień 53] Moeraki Boulders

Trzeci dzień, trzeci pingwin. :) Nie mówiąc już o licznych fokach i lwach morskich. I zupełnie obłędnym wybrzeżu.

Po przejechaniu Nowej Zelandii dwa razy w całości z góry na dół mogę powiedzieć z czystym sumieniem: Najładniejsza jest południowa połówka Wyspy Południowej. Są tu fiordy, ocean, góry, lodowce, wodospady, dziki busz, jeziora, dzikie zwierzęta, plaże, klify, małe miasteczka, fantastyczne szlaki. Czego chcieć więcej? :)

[Dzień 54] Twizel i Lake Pukaki

W Nowej Zelandii zapowiadali ujemne temperatury, a tu proszę – trzydzieści stopni w cieniu. Upał taki, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem było zaszycie się w cieniu nad jeziorem.

Ale spotkał nas dzisiaj również nie lada komplement, zwiastujący długie życie i wieczną młodość! W końcu, chyba po raz pierwszy w naszym 33-letnim życiu, zostaliśmy poproszeni w sklepie o dokument potwierdzający pełnoletność :) I musiał być to koniecznie paszport, i to zarówno mój, jak i Asi. Obecność naszej 3-letniej córki nie była wystarczającym dowodem. :)

Mt Cook National Park

[Dzień 55] Lodowiec Tasmana

Jak dobrze porozmawiać po polsku! :) Nocujemy dzisiaj u Oli, którą poznaliśmy rok temu w Auckland. Super jest porozmawiać o Nowej Zelandii, wzajemnych doświadczeniach związanych z tym krajem i w ogóle porozmawiać na innym poziomie porozumienia niż po angielsku. Coś jest w tej wspólnocie języka, można po prostu wyrazić więcej.

Dojechaliśmy dzisiaj pod Mt Cook, a dokładnie pod lodowiec Tasmana. Widoki były obłędne, jedne z piękniejszych, jakie w ogóle można sobie wyobrazić. I ten kolor wody w Jeziorze Pukaki… Jasnobłękitny, bajkowy… – a to wszystko dzięki pyłowi lodowcowemu z wód, które zasilają jezioro.

Jutro idziemy w góry!

[Dzień 56] Hooker Valley Track

Mt Cook, najwyższy szczyt Nowej Zelandii (3724 mnpm), wyższy aż o 1,5km od należącej do Korony Ziemi australijskiej Góry Kościuszki. Wyłonił się dzisiaj zza chmur i kusił tak bardzo, że wyciągnął nas na 6-godzinną wycieczkę w góry, chyba najdłuższą w życiu Zuzi.

Gdzie nie spojrzeć, było przepięknie. W jeziorze pod lodowcem pływały kry lodowe. A Zuzia wchodziła w kaloszach we wszystkie kałuże. :)

[Dzień 57] Kea Point i Red Tarns

Kolejny dzień pod Mt Cook. Zuzia weszła dzisiaj na najwyższą górę swojego życia – przez dwie godziny wspinała się po schodach – a potem… przez półtorej godziny skakała w dół, stopień po stopniu. A było tych stopni lekko licząc ponad tysiąc. :)

Aż w końcu powiedziała mi tak:

– Wiesz co, jestem pod wrażeniem.

– Pod wrażeniem czego?

– Jestem pod wrażeniem tego, że zrozumiałeś, że ja lubię skakać… :)

[Dzień 58] Jezioro Tekapo

Ostatni camping w Nowej Zelandii. Oczywiście to jeszcze nawet nie połowa naszej podróży, ale ostatni tydzień na wyspie spędzimy już u kogoś w domu. Ostatni raz rozbiliśmy więc dziś namiot nad jeziorem, zaparzyliśmy herbatę i usiedliśmy patrząc na gwiazdy.

Tyle razy patrzyłem tu w rozgwieżdżone niebo! Droga mleczna prawie codziennie widoczna jest w całej okazałości. Miliardy gwiazd migoczą, widać spadające meteoryty. Pamiętam, że gdy jeszcze mieszkaliśmy w Auckland, dokładnie w dniu 3. urodzin Zuzi widzieliśmy na niebie jednocześnie Merkurego, Wenus, Księżyc, Marsa, Jowisza i Saturna.

A dzisiaj jesteśmy nad jeziorem Tekapo. To jedno z najlepszych miejsc na świecie do obserwacji nocnego nieba. Krystalicznie czyste górskie powietrze, z dala od miast, na wyspie otoczonej bezkresnym oceanem…

[Dzień 59] Canterbury

Nadchodzą zmiany! Już czuję to w kościach i ogarnia mnie gorączka przygotowań. :) Wszystko, co robimy teraz w Nowej Zelandii jest już “prawie ostatnie”. Prawie ostatni spacer nad jeziorem, prawie ostatni host na CouchSurfing, prawie ostatnie zakupy i prawie ostatnia trasa wśród cudownych wzgórz środkowej części Wyspy Południowej.

Jutro jedziemy do Christchurch, skąd za tydzień mamy lot do Australii. Po 15 miesiącach w Nowej Zelandii wydaje mi się, że tydzień to “już za sekundę” i że właściwie powinniśmy mieć już wszystko spakowane. To tak, jak 11 lat temu w Kolei Transsyberyjskiej – jechaliśmy z Ułan Bator do Moskwy ponad 4 doby, więc na 8 godzin przed końcem podróży spakowaliśmy już plecaki, żeby na pewno zdążyć wysiąść. ;)

Największym wyzwaniem jest teraz kupno samochodu w Melbourne. Jeśli macie na sprzedaż samochód w Melbourne dla 3 osób i w którym można spać, dajcie znać. :)

[Dzień 60] Koniec podróży

Dojechaliśmy! Równo po 2 miesiącach i przejechaniu ok 5500km zygzakiem z północy na południe Nowej Zelandii i trochę z powrotem, dotarliśmy do Christchurch. To była cudowna podróż, pełna pięknych widoków i wspaniałych chwil. Były góry, jeziora, fiordy, busz, trawiaste wzgórza, lodowce, zwierzęta i błękitny ocean. Było złamanie ręki, operacja i niepewność co do dalszych planów.

Ale była też Zuzia skakająca przez fale, dorzucająca drewno do ogniska i myjąca zęby przy świetle latarki. Dzisiaj opowiadała mi bajkę, w której były chyba wszystkie elementy podróży, od dojenia krowy, przez zbieranie jeżyn, aż po spotkanych ludzi i mnóstwo miejsc, które odwiedziła.

Czasami jesteśmy w tak pięknych miejscach, że dosłownie szczena opada. Mając w pamięci smog i błoto pośniegowe, mówimy wtedy z zachwytem “Zuziu, zobacz, jak jest pięknie!”. A Zuzia rzuca okiem na widok i dalej skacze przez kałużę, albo goni kaczkę. Piękne widoki ma przecież przez całe życie.

Christchurch

[Dzień 61] Zwiedzanie Christchurch

Macie jakieś pytania odnośnie Nowej Zelandii❓🇳🇿 Spędziliśmy tu 15 miesięcy i możemy sporo podpowiedzieć. ➡️Piszcie pytania tutaj w komentarzach⬅️, a ja postaram się na nie odpowiedzieć w najbliższych dniach na nowo założonej grupie na Facebooku: “PODRÓŻE! 🇵🇱🌍♥️ Porady, relacje, okazje, pytania i odpowiedzi”. Link w bio oraz tutaj: bit.ly/2F0SgJS

Jeśli kochasz podróże i chcesz być częścią naszej podróżniczej społeczności – serdecznie zapraszam do dołączenia do grupy.

A jeśli chodzi o dzisiejszy dzień… Dobre wieści! Po 7 tygodniach od złamania ręki usłyszałem, że w końcu mogę prowadzić samochód! Chociaż muszę się przyznać, że całkiem wygodnie było być pasażerem. W końcu mogłem ponapawać się krajobrazami. :)

Przy okazji odwiedziłem już trzeci w Nowej Zelandii szpital i wciąż jestem zachwycony. Właśnie tak powinien wyglądać szpital – pełna informacja, uśmiech, życzliwość, wygoda, dużo czasu dla pacjenta. Czułem się nie intruzem albo numerkiem, tylko człowiekiem. Tylko nie puszcza Li mi baniek mydlanych, a Zuzi zawsze puszczają… :)

Na zdjęciach kilka widoków z Christchurch.

[Dzień 62] Czym podróżować po Nowej Zelandii?

Nasz camper! (tzn ten czerwony :) ) Mały, ale wariat! W sumie nie taki mały, bo 7-miejscowy. W każdym razie sprawdził się doskonale jako nasz przenośny dom w Nowej Zelandii. Dzięki niemu nie wydaliśmy na noclegi przez ponad 2 miesiące prawie nic – ot, kilkadziesiąt dolarów na osobę na campingi.

Dziś zrobiłem wielkie sprzątanie i powoli czas się z nim rozstać – a chętnie wziąłbym go ze sobą do Polski.

[Dzień 63] Zamachy w Christchurch

Tragiczny dzień w Christchurch w Nowej Zelandii. 28-letni Australijczyk uzbrojony w broń automatyczną wtargnął do 2 meczetów i zamordował kilkudziesięciu modlących się Muzułmanów. Wszystko to transmitował na żywo w social media. Część miasta jest zamknięta, 4 osoby zostały aresztowane, podobno policja znalazła bomby w samochodach, latają helikoptery.

Nieświadomi tego, co się stało, jechaliśmy wtedy samochodem przez centrum, przepuszczając pędzące na sygnale policyjne radiowozy i karetki pogotowia. Drugi z meczetów położony jest 2 minuty od domu, w którym mieszkamy.

Oczywiście z nami wszystko dobrze. Ale smutno.

[Dzień 64] Christchurch po zamachach

Christchurch w żałobie. Helikoptery ciągle krążą nad miastem. Siedzę na werandzie domu, w którym mieszkamy, 630 metrów od drugiego meczetu, w którym wczoraj przeprowadzono atak terrorystyczny. Helikopter zatacza kręgi nad meczetem i co chwilę przelatuje nade mną. Kiedy na jakiś czas odlatuje, jest cicho. Słychać śpiew ptaków, szczekanie psów i przejeżdżające z wolna samochody.

Za drzewami widać wzgórza porośnięte żółtą trawą. Takie same, jak te, które widzieliście na zdjęciach w ostatnich tygodniach naszej podróży. One wszystkie tam są, tylko dziś spowija je mgła.

Meczetu nie widać. Bo to mały domek, właściwie nie różniący się od innych domów w naszej dzielnicy. Ściany z drewna, garaż, mały ogródek ze stolikiem i ławką.

Sprawdzam wiadomości, czytam słowa ludzi, którzy byli 600 metrów bliżej.

Słychać radiowóz, nasłuchuję. Ptaki.

Robię sobie kawę i wracam do szukania samochodu w Australii.

Ale jeszcze popatrzę na wzgórza.

Drzewo pamięci

Na końcu świata jest drzewo. A na tym drzewie balony z najpiękniejszymi słowami świata. Popatrzcie, w jakim niezwykłym miejscu.

[Dzień 65] Akaroa & Banks Peninsula

Ostatnia wycieczka w Nowej Zelandii. Dużo tych wycieczek było przez ostatnie 15 miesięcy… I jakoś tak się przyzwyczailiśmy, że wszędzie jest pięknie. :)

Ciekawe, czy przyjedziemy tu jeszcze kiedyś. Pamiętam, że gdy wyjeżdżaliśmy z Nowej Zelandii 9 lat temu, byłem przekonany, że to tylko taki jednorazowy wyskok i pewnie nigdy tu już nie wrócę. Ale w kolejnych latach odwiedziłem ponownie większość krajów, w których byliśmy wtedy w rocznej podróży dookoła świata, a do Nowej Zelandii przyjechaliśmy na dłużej. Nigdy nie mów nigdy. :)

[Dzień 66] Szpital, meczet i pakowanie

Niektórzy z Was pewnie pamiętają, że jakiś czas temu złamałem w Nowej Zelandii rękę. Już prawie wszystko z nią w porządku i czekam w tej chwili na spotkanie z fizjoterapeutą w szpitalu w Christchurch. Rzecz w tym, że to ten sam szpital, w którym leżą ofiary zamachu terrorystycznego sprzed 3 dni. Na korytarzach mijam rodziny ludzi, którzy byli wtedy w meczetach. Kobiety w hidżabach, mężczyźni z długimi brodami. Dzieci niosące kwiaty i zabawki. Łzy napływają mi do oczu.

W drodze powrotnej autobus zmienia trasę i wysadza mnie dokładnie pod meczetem Linwood. Przy policyjnych barierkach stoi kilkadziesiąt osób. Niektórzy przynoszą kwiaty, rysunki i pluszowe misie. Ludzie zatrzymują się i rozmawiają ze sobą.

A dziś dzień wielkiego pakowania. To doprawdy zadziwiające, ile rzeczy człowiek posiada. A to ledwie ta część rzeczy, która jechała z nami w samochodzie przez Nową Zelandię. Rozdawaliśmy już rzeczy w Auckland, potem w Wellington, a część poleciała do Polski. Dziś w Christchurch kolejna redukcja. W Australii będzie kolejna. A przecież przyjechaliśmy tu 15 miesięcy temu z 3 walizkami i staraliśmy się prawie nic nie kupować. :)

A rano lecimy do Melbourne. Początek kolejnej wielkiej australijskiej przygody!

Zepsuł mi się niestety telefon, pełniący też rolę aparatu, więc póki nie kupię nowego, będzie pewnie mniej zdjęć lub będą rozmazane. Ale coś wymyślimy.

[Dzień 67] Z Nowej Zelandii do Australii

AUSTRALIA! To był dłuuuugi dzień. Zaczął się o 2 w nocy, potem była jazda na lotnisko, lot do Melbourne, autobus i dwa pociągi. Ale było warto. Trafiliśmy do wspaniałej rodziny z CouchSurfing i początek naszej kolejnej przygody przebiega lepiej niż mogliśmy to sobie wymarzyć. Mają nawet basen w ogródku. :))

Helen (nasz host) podwiozła nas do kilku komisów samochodowych i już mniej więcej wiemy, jakiego samochodu będziemy szukać w kolejnych dniach.

Teraz już padamy z nóg. Zuzia śpi tam, gdzie usiadła. Ale była dzisiaj przeszczęśliwa i mówiła: “Zobacz, lecimy prawdziwym samolotem! Mam własny fotel! O, zobacz, pociąg! Maszyny budowlane! O, zobacz, zobacz, zobacz! Fajna ta Australia!”

Udostępnij i Komentuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *