Sikkim

Sikkim

Skoro nie udało się w Nepalu – postanowiliśmy odwiedzić Himalaje w Indiach – a dokładniej: maleńki stan na północnym wschodzie Indii: Sikkim.

Sikkimu nie widać na mapach. Kiedy patrzy się na tę część świata, widać Nepal, Bhutan, Chiny, a pomiędzy nimi kawałek Indii, wciśnięty niczym klin. A jednak Sikkim istnieje, ukrywa się wśród gór i przyciąga swoją odrębnością. Chociaż jest się teoretycznie cały czas w Indiach, żeby wjechać do Sikkimu trzeba przekroczyć regularną granicę, podać celnikom paszporty i specjalne pozwolenia na podróż do tego kraju. Dostaje się pieczątki i coś w rodzaju wizy.

Sikkim – kraj, którego nie ma

Do 1975r. Sikkim był niepodległym królestwem. Silne napięcia w regionie i groźba chińskiego najazdu spowodowały jednak wzajemne zbliżenie Sikkimu i Indii. Małe królestwo stało się indyjskim stanem, ale zachowało szeroką autonomię i specjalne względy New Delhi, któremu bardzo zależało na sikkimskiej przychylności.

Indie czy nie Indie?

Kiedy jest się w Sikkimie, nie ma się żadnych wątpliwości, że to oddzielna kraina. Jest czysto, a niespotykane w tej części świata wynalazki – kosze na śmieci – są tu powszechne. Plastikowe woreczki są zakazane, a zamiast nich do pakowania towarów używa się papieru. Uliczne przekąski podawane są w jednorazowych miseczkach ze sprasowanych liści, a napoje w jednorazowych glinianych kubeczkach i dzbanach. Ludzie przypominają wyglądem mieszkańców Dalekiego Wschodu, zamiast hinduizmu wyznają buddyzm i w większości dobrze mówią po angielsku.

Korona Himalajów za oknem

Sikkim zajmuje bardzo niewielki obszar, ale niesamowicie kręte drogi sprawiają, że podróż między wioskami położonymi na przeciwległych stokach doliny i odległych o 30km może trwać np. pięć godzin. Porusza się tu właściwie wyłącznie dużymi jeepami, które sprawdzają się na krętych wertepach znacznie lepiej niż autobusy. Podróżuje nimi zawsze co najmniej o trzech pasażerów więcej niż powinno, choć i tak jest lepiej niż w Varanasi, gdzie do 11-osobowego jeepa wchodziło 19 dorosłych z bagażami i dziećmi, a kierowca siedział pasażerowi na kolanach.

Korona Himalajów – krajobraz Himalajów

Zielone góry, pokryte lasem i polami, tworzą tu piękny krajobraz, który zmienia się za każdym zakrętem. Bujna roślinność otacza wartkie strumienie, huczące wodospady i święte buddyjskie jeziora, nad którymi powiewają setki kolorowych modlitewnych flag. Podobno jest tu jak w sąsiednim Bhutanie, tylko w przeciwieństwie do niego, nie trzeba płacić po 240 USD za każdy dzień pobytu.

Kanczendzonga

Odkąd opuściliśmy Tybet, nie mieliśmy już dobrych widoków na Himalaje. Przeszkadzał smog Kathmandu, chmury pyłu i kurzu, tworzące się pod koniec pory suchej, strajk Maoistów, a potem po prostu zła pogoda. Jednak pewnego dnia chmury się rozstąpiły i ponad nimi ukazała się korona Himalajów – monumentalne rzeźby siedmio- i ośmiotysięczników. Słońce odbijało się ostrym białym światłem od ośnieżonych szczytów i podkreślało wielki majestat gór.

Ciężko było uwierzyć, że może istnieć coś aż tak wysokiego – nawet Mt Everest wydawał się nam wcześniej tylko niewiele wyższy od tatrzańskich szczytów. Wtedy jednak obserwowaliśmy go z wysokości poad 5000m npm., teraz byliśmy zaledwie na 2000m npm. Góry wznosiły się na 6km ponad nas. Na północy Kanczendzonga – trzeci szczyt korony Himalajów (trzecia najwyższa góra świata) – przeklęty szczyt dla Polaków, miejsce, w którym zginęła Wanda Rutkiewicz.

Wyprawa Indie – Sikkim

Kilka dni, które spędziliśmy w Sikkimie, minęło nam na długich górskich spacerach. Zawędrowaliśmy do ruin pierwszej i drugiej stolicy Sikkimu, które, choć duże mniejsze, ale dziksze i bardziej niedostępne, przypominały nam ruiny Machu Picchu. Odwiedziliśmy kilka buddyjskich klasztorów, położonych przepięknie na szczytach zielonych wzgórz. Jeden z nich został w dawnych czasach przeniesiony z wyższych wysokości, bo w niedostępnych zakamarkach gór mnichów często nachodziło yeti.

Mieszkaliśmy w małych górskich wioskach, zajadaliśmy pierogi, piliśmy aromatyczną herbatę z mnóstwem przypraw, a codziennie rano budziły nas w naszych miłych wiejskich pokojach przepiękne odgłosy modłów i śpiewów z klasztoru. Co jakiś czas nad doliną rozbrzmiewała niesłychanie radosna, a zarazem poważna i podniosła, „kocio-mnisia” muzyka, trąby, gongi, talerze, czyli wszystko co mogło pomóc w tworzeniu wesołego hałasu. Później następowały mantry, recytacje i śpiewy i unosiły się przez cały dzień nad spokojnymi wzgórzami.

Archiwum

Ten artykuł został napisany jakieś 10 lat temu. Obecnie czeka na przegląd i aktualizację.

Ale strona żyje na nowo. Jest dużo nowych, lepszych artykułów. Zapraszam Cię do skorzystania z wyszukiwarki powyżej oraz spisu tematów. Oczywiście są też całkiem nowe filmy na YouTube.

Cześć!

Nazywam się Wojciech Piestrak.

Opowiadam o świecie na kanale Świat Wciąga.

Daj się zaprosić!